Twist Of Tour…Banana?

Cześć! Tym razem nie będę się silił na szczególnie wydumany wstęp, bo dalsza treść – mam nadzieję – obroni się sama. Od wielu dni zapowiadałem, że wśród wszystkich wydarzeń muzycznych tego roku TAK NAPRAWDĘ liczy się dla mnie tylko jedno – kolejna trasa Gerrego Jablonskiego. No i co Ci mogę powiedzieć? Trzymaj się mocno bo będziemy fruwać! # 1 Can you bake it green my friend? Mój pierwszy wolny termin przypadał na koncert w Zielonej Górze, a był to dokładnie drugi piątek listopada i muszę powiedzieć, że od samego początku wszystko szło gładko. Nocleg załatwiłem w 3 minuty, a transport, o który się obawiałem był jednym z milszych elementów tego wyjazdu. Skorzystanie z usług portalu BlaBlaCar okazało się strzałem w dziesiątkę! Nie chcę za bardzo wchodzić w jakąś nadętą reklamę, ale przejazd z niejakim Grześkiem był dla mnie prawdziwą przyjemnością – tematów nie brakowało, a i dynamika jazdy sprawiała, że nabierałem sił po pracy. Kiedy już dotarliśmy na miejsce byłem szczerze podekscytowany. Zresztą sama nazwa klubu była niesamowita – Piekarnia Cichej Kobiety – jak dla mnie mógłby to być tytuł jakiegoś horroru… Po wejściu mina mi trochę zrzedła bo, jak się po chwili okazało, faktycznie była to kiedyś piekarnia i gdy tylko Panowie odpalili na próbę Slave To The Rhythm poczułem spory niepokój. Uderzył w uszy symptomatyczny dla tego typu miejsc pogłos i dziwnie pusty dźwięk. Co gorsza, czym dłużej trwała próba tym więcej było problemów. Ponieważ Gerry był tym wszystkim wyraźnie zdenerwowany, starałem się nie narzucać, mimo wciąż trzymającej mnie ekscytacji. Po krótkim przywitaniu z zespołem  i Hipkiem przyszedł czas na pierwsze piwo – poczułem się dużo lepiej. I tak oto, nieoczekiwanie, pojawiło się pozytywne zaskoczenie! Otóż – nie minęło nawet pół godziny, a ludzie dość aktywnie zaczęli się schodzić – na kwadrans przed rozpoczęciem koncertu zajęte były wszystkie stoliki, miejsca przy barze, a nawet kilka osób stało. Co by nie napisać – brawa dla Zielonogórzan! No i nadeszła oczekiwana chwila! Po, dość długiej, rzeczowej zapowiedzi, na scenie pojawił się sam Gerry i w swoim, kompletnie rozbrajającym mnie stylu, zaczął koncert. Po chwili, powoli dołącza reszta – kilka miarowych uderzeń i jazda! Zaangażowanie ogromne, widok przepiękny, a dźwięk…cholera beznadziejny. W połowie pierwszego numeru znów dają o sobie znać problemy techniczne i Panowie na moment przerywają koncert. Nie minęło 5 minut i postanowili walczyć dalej, szczerze powiem, że byłem pełen podziwu. Gerry się wręcz troił! Był moment kiedy  ich wszystkich na scenie około dziesięciu! Niestety złe duchy dźwięku nie odpuszczały – do przerwy wynik tego starcia wynosił 1:1. Trudno było mi w takich warunkach dać się ponieść, ale jedną rzecz myślę, że warto odnotować. Natychmiast było jasne, że mamy do czynienia z trasą promocyjną z prawdziwego zdarzenia. Oś koncertu stanowiły utwory z Twist Of Fate, która tego wieczoru wybrzmiała w całości, co mimo, że nie jestem zaciekłym fanem tego krążka, mnie po prostu zachwyciło! Zwyczajnie poczułem się doceniony jako fan, który przychodzi po raz kolejny – znowu zupełnie inny koncert. No i to zaangażowanie – kurde prawdziwi wojownicy. Przyszedł czas na drugi set i ku mej wielkiej radości – nastąpił przełom! Dokładnie od Breaking The Stones – (duchy odpuściły?) bo momentalnie brzmienie przybrało bardziej zwarty charakter i od razu w moich uszach zabrzmiał TEN zespół. Co ciekawe, z utworu na utwór było coraz lepiej i w efekcie przez ostatnie 40 minut byłem już oczarowany i w innym świecie, a czad był przeraźliwy! Z Gerrego ewidentnie schodziły złe emocje, co znalazło swoje ujście we wzmożonej choreografii i multiplikacji żartów scenicznych. I w takim – doskonałym – wydaniu koncert potoczył się do końca i chyba wersja Rock ’ n Rolla z tego występu była najlepszą jaką słyszałem. Także mimo wszystko było dobrze, choć  była to dopiero rozgrzewka przed nadchodzącymi koncertami. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że show trwał ponad dwie godziny a publika mimo że siedząca pokazała się z jak najlepszej strony. Oczywiście wśród tych, którzy widzieli zespół pierwszy raz, mówiło się o najlepszym koncercie w życiu, czyli wszystko było na swoim miejscu :-). Po występie szybkie pożegnanie i pobiegłem spać. Kiedy wracałem następnego dnia, to stwierdziłem, że niedosyt pozostał, ale dobrze było zobaczyć, że nawet ten zespół miewa czasem problemy techniczne – to jednak ludzie! # 2 leave a note & make it blue Kilka dni minęło i przyszedł czas na Poznań! Gdy zespół wszedł do klubu i Grigor mnie zobaczył natychmiast zapytał z uśmiechem aren’t you divorced yet? A przecież widziałem ich na tej trasie dopiero po raz drugi 😉 Po czym zapoznałem go z moją Żoną  i wywiązała się bardzo fajna rozmowa. – You’re very understanding  – I’m trying. Jeśli zaś chodzi o koncert to okazał się być pod każdym względem…przeciwieństwem Zielonej Góry – gdy tylko poszły pierwsze nuty Sherry Dee dosłownie nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem! Dźwięk wręcz krystaliczny! Doskonale słychać było wszystkie szczegóły  i nareszcie, poznałem prawdziwe barwy każdego z instrumentów. Najbardziej zyskał na tym bas, który zabrzmiał bardzo precyzyjnie i zdecydowanie – niemal funkowo, choć feeling był cały czas wyraźnie bluesowy. Perkusja za to zrobiła się jakby cięższa – powiem nawet – hardrockowa! Zaskoczyła mnie też gitara – ustawiona ciszej niż zwykle, w riffach wtapiała się w tło, by przy każdej solówce przypomnieć swoją rolę. Na samym przodzie została oczywiście harmonijka, której wszystkie partie sprawiały, że przechodziły mnie ciarki. Drugim królem wieczoru był Grigor! Szczególnie jego solówka sprawiła, że otworzyłem oczy trochę szerzej. Choć tak naprawdę, to wreszcie mogłem się wsłuchać w to co naprawdę gra i dla mnie jest to muzyk klasy np. Geddego Lee. Każdy utwór grał inaczej! W sumie mógłym cały koncert słuchać tylko jego J. Jeszcze może trochę o dźwięku – był na tyle dobry, że po raz pierwszy w życiu mogłem sobie na bieżąco miksować koncert – wystarczyło kilka kroków na lewo bądź prawo by na wierzch wyszedł inny instrument, co sprawiało mi niesamowitą radość. Jednak słuchanie muzyki bezpośrednio z paczek jest jak przebywanie w świecie równoległym! W secie trochę zmian i kompletnie pomieszana kolejność, choć to i tak bez znaczenia bo koncert był zagrany na tyle odmiennie, że nawet gdyby kolejność była identyczna uzyskano by zupełnie nowy efekt. Tym razem całość zabrzmiała nieco łagodniej i potworny czad ustąpił miejsca subtelnościom wśród których czułem  się tak jakbym był na hamaku. Zarzut mam jeden – przyszło strasznie mało ludzi. Co prawda Ci co przyszli bawili się doskonale i zespół należycie się zrewanżował, ale 30 osób na Poznań to jakieś nieporozumienie. Mimo to chłopaki po raz kolejny dali radę i wychodzenia w publikę i wszelkiej maści interakcjom nie było końca. Innym też się podobało i nawet napisali tak: [podczas koncertu] zamknęłam oczy i przez moment byłam w krainie kryształowo czystych jezior górskich (takie orzeźwienie dla umysłu) i matematycznych równań (gdzie wszystko jest po coś i ma sens). Cudowne. Ten dziwny stan odpoczynku w głowie jeszcze mi się trzyma, ciekawe jak długo? Reasumując: najlepszy koncert ever! Dodam jeszcze tylko, że po koncercie szczerze się wzruszyłem gdy Grigor obdarował moją żonę koszulką, w prezencie za wyrozumiałość. Chwilę później coraz więcej osób zaczęło głośno powtarzać, że właśnie skończyło się coś, czego się kompletnie nie spodziewali i zdecydowanie ich przerosło. Radość przeogromna! # 3 Can you ride a horse? Only a true king can do it right way Kolejny na liście był Konin, wobec którego moje oczekiwania były wielkie – do dziś nie wiem dlaczego – ta impreza od początku pachniała czymś niezwykłym. Po tym jak dojechaliśmy z bluesową rodziną na miejsce, pojawił się w mojej głowie pewien niepokój. Przy małej scenie było tyle ludzi, że nie wyglądało na to by udało nam się wejść, a co dopiero być pod sceną! Pozostało więc czujnie czekać na okazję – na szczęście – przesadzałem. Gdy koncert poprzedzający się skończył, pojawiła się szansa, która została przez nas skrzętnie wykorzystana i w mgnieniu okaz zająłem moje ulubione miejsce w pierwszym  rzędzie pomiędzy wzmacniaczami Grigora i Piotra. Nie minęło dużo czasu i wszystko się zaczęło…Z TAKĄ PETARDĄ, ŻE DAŁEM SIĘ PORWAĆ OD PIERWSZEGO UDERZENIA. Był to dla mnie koncert o archetypicznym charakterze! Wiem, że ta grupa jest dla mnie odnalezionym skarbem, ale to co zrobili tym 40 minutowym setem było wręcz niemożliwe. Odfrunąłem! Wszystko pasowało – masa ludzi, rozbudowane światła, selektywny dźwięk z odrobiną koncertowego brudu i wielkie pokłady energii. Dosłownie wszystko było na swoim miejscu! Tym razem numerem 1 był  Dave – podkręcona dynamika i doskonałe łamańce rytmiczne + improwizacje na talerzach – REWELACJA. Repertuar wyłącznie czadowy – najbardziej zażarł mi Hard To Make a Living. Ponieważ spora część koncertu była nagrywana, mam nadzieję na dobry miks i choć częściowe przywrócenie tych wspomnień. Gdy zespół schodził ze sceny okazało się, że jeszcze wróci, tylko później – przyszedł czas na dużą scenę. Mimo, że byłem kompletnie zniszczony, postanowiłem zobaczyć co tam u gwiazd słychać i niestety  zdarzyło się to, czego się podświadomie spodziewałem. Słyszałem kiedyś, że The Rolling Stones przełożyli na inny dzień swój koncert gdy usłyszeli, że mieliby wystąpić po Jamesie Brownie. Nie wiem czy to prawda, ale tak samo w świadomości zbiorowej powinno się utrwalić, że w XXI wieku, granie po zespole Gerry Jablonski & The Electric Band jest pomysłem co najmniej ryzykownym. Na Harpcore wytrzymałem 20 sekund a King King zatrzymał mnie na dwa utwory.  W normalnych warunkach drugiej z wymienionych grup najpewniej słuchałbym dłużej, ale po takim koncercie tylko się zaśmiałem i zrobiło mi się żal jednych i drugich, dlatego 99% czasu spędziłem na rozmowach wszelakich w towarzystwie Perły. Proste – Król może być tylko jeden. Kiedy rozpoczął się drugi set byłem trochę zmęczony ale wystarczająco głodny by walczyć pod sceną, a tu niespodzianka – Panowie zaczęli grać, ja zacząłem się złościć. Pięknie ustawiony dźwięk gdzieś zniknął – był za to łomot, który z czasem stał się fizycznie bolesny i niespecjalnie mogłem się w takich warunkach skupić na muzyce. Warto było wysłuchać drugiej części z trzech powodów: Po pierwsze – w Breaking The Stones Gerry podkradł  Jasiowi Gałachowi smyczek i zagrał nim solo, czym uzyskał efekt a’la Jimmy Page i byłem na moment w niebie. Po drugie, na sam początek setu Gerry wykonał samotnie Virgil Cane, który jest moim ulubionym utworem z całego ich repertuaru i po trzecie Higher The Climb zostało zadedykowane tym którzy jeżdżą na prawie każdy nasz koncert i trudno było uciec przed pewnym wzruszeniem. Po koncercie długo żegnaliśmy się z zespołem bo myślałem, że widzę ich w tym roku po raz ostatni, ale Waldek nagle z takim przekonaniem oświadczył, że do Lubniewic trzeba jechać, że pojechaliśmy J. # 4 Only because of you! No i tak oto nadszedł finalny koncert na trasie i tym samym ostatnia szansa żeby zobaczyć chłopaków na żywo w tym roku. Gdy tylko Gerry mnie zauważył, z lekkim niedowierzaniem rzucił w moją stronę You motherfucker! A reszta ekipy była równie serdeczna widząc nas w komplecie, więc wszystko się dobrze układało. Szybko się okazało, że odpuszczenie tego występu byłoby sporą stratą. Od samego początku było mocno i towarzyszyło tym dźwiękom coś elektryzującego. Mimo okresowych problemów technicznych (zbyt podbity wokal, znikająca gitara) i poważnego natężenia dźwięku, od pierwszej chwili zwariowałem. Nastąpiła pełna muzyczna unifikacje, którą tym razem niepodzielnie rządził sam Gerry. Tego dnia to gitara wbijała w ziemię! Wyróżnikiem były też, niewątpliwie, zmiany w secie – nie wiem czy kiedykolwiek słyszałem na żywo Every Dog Has It’s Day, a o istnieniu Merchants Of Soul to w ogóle zdążyłem zapomnieć! Publika, mimo że siedząca, też była wyraźnie zadowolona i nawet po koncercie kupowała płyty. Tym razem pożegnań i rozmów naprawdę nie było końca. Rozstawaliśmy się z niemałym żalem i nawet kończąc ten wpis czuję się dość dziwnie, bo przez ten czas wyjazdy na koncerty Gerrego i spółki stały się dla mnie tak naturalne jak śniadanie o 7:00 i do dziś nie do końca odnajduję się w rzeczywistości, bo te wszystkie emocje były po prostu wielkie. Dlatego wszystkim zaangażowanym należą się GIGANTYCZNDE PODZIĘKOWANIA! Grigor, Gerry, Piotr, Dave, Hipek, Daria, Waldek, Magda, Mario, Ricardo, Mariusz, Paulina, Paweł, Jesion, Ania, Benia, Marcin, Krzysztof, Żono!, wszyscy o których zapomniałem i last but not least Ty bo doczytałeś się aż tutaj za co bardzo dziękuję – KŁANIAM SIĘ i jeszcze raz wielkie dzięki! Do zobaczenia niebawem!

Reklamy

2 komentarze Dodaj własny

  1. Pluton pisze:

    Łe no, ja podejrzewam, że ten zespół jeszcze tak kompleksowych recenzji się nie dorobił. Powinieneś dostać nagrodę fana roku. Serio, bardzo dobra recenzja. Jest dynamiczna, zaciekawia, a do tego nie przekłamuje. Wiem, bo byłem w Poznaniu na koncercie Gerry’ego i było jak mówisz. Dla mnie absolutnym hitem tego wieczoru była harmonijka. Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Robiła co najmniej za drugą gitarę, a show za drugiego frontmana. Bomba! Jeszcze raz gratuluję recki. Podeślij chłopakom z zespołu 😉

  2. mgeming pisze:

    WIELKIE DZIĘKI!!!! 😀 😀
    Recenzja powoli „się tłumaczy” i anglojęzyczna część zespołu się zapozna 🙂
    Kto wie może zrobię międzynarodową karierę? 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s