Ave Robin Hood – masakra….

Cześć!

Przyznam Ci się, że trochę nie wiem jak zacząć, bo samo siedzenie w świąteczny dzień w fotelu, gdy za oknem świeci słońce, a moje położenie jest strategicznie idealne, sprawia, że nie bardzo czuję potrzebę robienia czegoś więcej.

Bliżej mi nawet do opinii, że w takich okolicznościach nie powinienem nic mówić, a już tym bardziej pisać, bo jeszcze się nie zdarzyło, żeby ten proces przebiegł bez zakłóceń, ale i tak spróbuję.

Zaryzykuję ponieważ wspominanie tego koncertu zawsze wprowadza mnie w, podobny do opisywanego powyżej, stan – był to wieczór, gdy wbrew atakującym co chwilę, niesprzyjającym okolicznościom zewnętrznym, muzycznie udało się absolutnie wszystko.

Lech Janerka Mosiński Ośrodek Kultury 05.04.2014

Tym, co natychmiast rzuciło mi się w ucho i do ostatniej sekundy nie dało spokoju, co chwilę niepokojąc moją percepcję, to wykonawcza klasa bijąca z dosłownie każdego dźwięku!

Za sprawą tego odczucia, po raz kolejny zrozumiałem jak bardzo wkurza mnie koncertowe dyletanctwo i dźwiękowe niechlujstwo, tłumaczone na milion sposobów przez, a to artystów, a to fanów danego zespołu.

Był to kolejny występ, który pokazał, że MOŻNA zadbać o wszystko na takim poziomie, że pozostaje mi tylko dać się porwać granej muzyce i chłonąć to, co wypływa w danej chwili z głośników, szerzej niż tylko uszami.

A przechodząc do szczegółów – kluczem wydaje mi się jedna z, dostępnych w sieci, wypowiedzi perkusisty zespołu Lecha:

To, co najbardziej mi imponuje u Lecha Janerki, to konsekwencja i dążenie do ideału.
Jak on ma coś w głowie, to będzie robił dotąd, aż usłyszy to, co chce.
Ja bym… wymiękł w połowie.

Dokładnie takie samo odniosłem wrażenie i zaręczam, że efekty tego podejścia były odczuwalne w każdej z zagranych kompozycji – zespół był jednym organizmem, który robił swoje, dbając o najdrobniejsze szczegóły, a jednocześnie nie gubiąc tego, co najważniejsze – energii i radości z grania przemykającej dziarsko między uderzeniami.

Jeśli chodzi o samych muzyków – Lechu wokalnie był w doskonałej formie, a jego bas tworzył doskonały kręgosłup i osadzał całość, brzmiąc niezwykle precyzyjnie, ale też nie przesadnie twardo.

Rozbroił mnie tym, że w ogóle się nie oszczędzał – niejednokrotnie było widać, że daje z siebie wszystko, a niektóre grymasy na twarzy plus delikatny uśmiech, gdy coś się udało, były miłym dodatkiem do zachwycającej mnie całości.

Gitarzysta miał co robić i to nie tylko rękoma  – takiej multiplikacji efektów obsługiwanych nogami i potężnej roli gitary również w budowaniu barw chyba wcześniej nie widziałem.

Nawet w tych akustycznych fragmentach jego brzmienie miało bardzo szeroki zakres i mimo że nie wszystkie patenty mi się podobały, to samo oglądanie tego co robi, wprawiło mnie w osłupienie.

Pani Bożena, choć zupełnie niepozorna też odznaczyła swoją obecność.
Wiolonczela na przemian albo rozszerzała dźwięk budując delikatne tło niczym mellotron, albo mocno akcentowała rytm, dodając piosenkom nieco ciemniejszych odcieni.

No i został Perkusista, który ani brzmieniem, ani grą mnie nie powalił, ale wykonał zadanie na tyle dobrze, że krytykować go nie mam zamiaru – po prostu równo i w punkt.

Kolejna sprawa, to w pełni przemyślany układ emocjonalny całości – z akustycznych, pełnych powietrza i spokoju utworów, koncert zmieniał powoli oblicze na rzecz bardziej klaustrofobicznych i mocniejszych fragmentów, które przeszły w hity sprawiające, że publika zupełnie zwariowała.

Na bis przyszedł czas aby te emocje zeszły i wszystko się miarowo wyciszyło.

Co ciekawe, mimo swej perfekcyjności, wymagającej od muzyków sporo uwagi i czujności, feeling był urzekająco prawdziwy i przystępny. Konferansjerka Janerki – niewymuszona i spontaniczna: reagował na nastroje panujące na sali, momentami sypał anegdotami, a raz podszedł, by coś powiedzieć i… zrezygnował.

Przez cały koncert nie powiedział niczego niepotrzebnego i nie było w tym grama bufonady.

I na koniec mój ulubiony element, czyli brzmienie – mimo częstego nawiązywania do, wątpliwej naturalności, brzmień z lat ’80, na wierzchu cały czas było rockowe i energetyczne oblicze tej muzyki, co sprawiało, że akcenty, których w ogóle nie jestem fanem, nie były uciążliwe.

Pomogło nagłośnienie, które nosiło znamiona zbrodni doskonałej – instrumenty były równomiernie rozłożone, a delikatnie nad nimi unosił się wokal, ustawiony tak, że nawet gdy nie znałem tekstu mogłem go bez problemu zrozumieć – MISTRZOSTWO!

Na koniec dodam jeszcze, że poza samą muzyką została mi w głowie bliżej niesprecyzowana refleksja, wywołana najpewniej przez teksty, których nie tyle treść, co forma przywołała luźne skojarzenia z moim ulubieńcem czasów szkolnych – Mironem Białoszewskim, może wreszcie kupię sobie jakiś jego tomik?

Trzymaj się!

Reklamy

2 komentarze Dodaj własny

  1. Pluton pisze:

    Ponieważ nie znam twórczości Lecha Janerki, to zaciekawiony komentarzem odnośnie jego tekstów, zerknąłem z ciekawości na stosowną stronę w Internecie. Zaciekawił mnie tytuł utworu „Bultarga”, więc kliknąłem weń i oto co zastałem: „Ból targa. Ból targa. Ból targa mym trzewiem i nic więcej nie wiem”. Nie mam nic więcej do dodania prócz tego, że muszę bliżej poznać twórczość tego Pana…

  2. mgeming pisze:

    Dzięki :-), DVD mamy już za sobą – dobre co? 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s