KOSMOS MA SIĘ DOBRZE

Cześć!

Przykro mi to pisać, ale dziś po raz kolejny nie wywiążę się z danego słowa. Przepraszam – nie pamiętam już dokładnie ani kiedy, ani ile razy obiecałem Ci, że trochę wyrównam proporcje i napiszę o koncertach, które podobały mi się mniej, ale znów musimy tę sprawę przełożyć.

Szczerze mówiąc, w wymiarze ogólnym, jest mi to trochę na rękę – co dzień narzekam na rzeczywistość w nadmiarze i gdybym miał do tego worka jeszcze wrzucić muzykę (w dodatku żywą!), to nie wiem co by się stało.

Jest w tym podejściu oczywiście doza niebezpieczeństwa, bo o niektórych występach będę pisał z półrocznym opóźnieniem, albo wcale, ale myślę, że nie ma się czym martwić – koniec końców oznacza to tyle, że wciąż trafiają mi się takie strzały, o których mógłbym Ci opowiadać codziennie na nowo!

To może spróbujmy, ten pierwszy raz:

Wojtek Więckowski 25.06.2014 Waga Poznań

To było dziwne uczucie – na kilka dni przed tym koncertem zrozumiałem, że będzie dla mnie ważny. Należał on do bardzo rzadkiej kategorii wydarzeń na które bardzo czekam… nie wiedząc, że będą miały miejsce.

Spróbuję wyjaśnić – swego czasu zacząłem mocno tęsknić za elektroniką lat siedemdziesiątych.

Kiedy odświeżyłem sobie Rubycon i Timewind poczułem błogą ulgę i naprawdę miałem silne przekonanie, że obecnie bardzo potrzebuję podobnych dźwięków.

I chyba faktycznie była to mocna potrzeba, bo bez jakiejkolwiek własnej inicjatywy dostałem je na tacy. Szybko okazało się, że twórczość Wojtka wpływa na mnie w niemal identyczny sposób jak muzyka z wyżej wspomnianych płyt. Co prawda zamiast instrumentów klawiszowych używa gitary podpiętej pod jakąś tajemniczą aparaturę, ale cel muzyki, którą z niej wydobywa wydaje mi się bliźniaczy.

Te awangardowe, ambientowe (?), rozwlekłe, a zarazem niesamowicie intensywne emocjonalnie rejestry w połączeniu z przestrzennym dźwiękiem i półmrokiem panującym na sali sprawiły, że natychmiast odnalazłem zgubioną kiedyś w Zabrzu rakietę Zapad i poleciałem oglądać jakieś odległe dzikie planety!

Co to był za widok! Pierwsze dwie były tak pociągające, że straciłem panowanie nad swoim ciałem (choć o to akurat w kosmosie nietrudno) i podziwiałem jak tylko mogłem najintensywniej. Podobało mi się w nich absolutnie wszystko. W pewnej chwili byłem naprawdę blisko jednej, ale po chwili zniknęła.

Następne już mnie tak nie zaskoczyły, bo bardziej przypominały Ziemię, ale podobały mi się, choć poruszenie towarzyszące pierwszym dwóm nie wróciło.

Z drugiej strony na „czwartej”, któryś z tubylców wydał z siebie tak przeraźliwie przeszywający okrzyk, że poczułem kolejny wstrząs.

I kilka chwil później wróciłem do tej dziwacznej sali, a Wojtek podziękował przybyłym, kulturalnie się pokłonił i chyba powiedział coś odpowiedniego. Cudowna podróż, która potem jak się dowiedziałem trwała ponad godzinę, a ja myślałem, że co najwyżej delikatnie ponad 30 minut.

Zdaję sobie sprawę, że tym razem układ sił pomiędzy impresją a samym opisem muzyki jest nienaturalny, ale naprawdę nie znajduję bardziej odpowiednich słów.

Pierwsze dwa utwory przeżyłem tak silnie, że mógłbym jednocześnie wrzasnąć z radości, zapłakać, ekstatycznie podskakiwać i siedzieć osłupiały na krześle. Synergicznie te wszystkie emocje nie wydają mi się częścią rzeczywistości, dlatego…musiałem użyć rakiety, którą tym razem przezornie schowam do piwnicy.

Na koniec, aby Ci trochę ułatwić wyobrażenie o tym co się wydarzyło, polecam kliknąć w ten link:

Co prawda nie pochodzi z koncertu w Wadze i zupełnie nie oddaje TYCH emocji, ale mówi trochę prawdy, więc mimo wszystko uważam, że dobrze spełnia swoją rolę.

Trzymaj się!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s