KTOŚ INNY WYLĄDOWAŁ W KINIE

Cześć!

Kiedy zakończyła się pierwsza, poprzedzająca występ, część programu byłem ogromnie zmęczony. W takim stanie muzykę odbieram już wyłącznie instynktownie, co ma swoje lepsze i gorsze strony.

Porządny koncert natychmiast trafia mi do wnętrzności i pozwala odbić w daleką podróż, w ciągu zaledwie kilkudziesięciu, rozpoczynających całość, sekund, a słabszy muzyczny spektakl powoduje w skrajnych przypadkach złość, frustrację czy nawet napad gniewu.

Tym razem o drugiej ewentualności, od pierwszej chwili… zapomniałem.

RIMBAUD (Trzaska/Budzyński/Jacaszek) Festiwal Ars Cameralis, Kino Rialto, Katowice

Początkowy, wciągający i podbijany regularnie przez frazy saksofonu, motyw Potopu zadziałał niczym kroplówka – powoli  i adekwatnie wprowadzał do organizmu życiodajny, dodający sił eliksir, który zagęszczony przez dewastujące fundamenty partie wokalne przyprawił mnie o pierwsze ciarki.

No właśnie – głos. To, co zrobił z nim tego dnia Tomasz Budzyński wciąż sprawia, że próbując ten wyczyn opisać, muszę wziąć głębszy oddech – uważam stanowczo, że po tak zaśpiewanych 60 minutach można zginąć.

Dominowały silne, osadzające i rozdzierające świadomość wezwania, z których dwa szczególnie zapadły mi w pamięć.

Wykrzykiwane wielokrotnie w różnych kierunkach, po przejmującym przyjaciółko moja żebraczko, uderzające jak młot PRZYŁĄCZ! SIĘ! DO! NAAASS! i pełniące funkcję larum, wyartykułowane agresywnie z wymierzonym w moją stroną palcem JESTEŚCIE! FAŁSZYWYMI! MURZYNAMI!

Wielkim zaskoczeniem była też wielość używanych środków wyrazu – od wspomnianego wrzasku, po pisk i… mowę. Bezsprzecznie był to jeden z najlepiej zaśpiewanych koncertów jakie dotąd słyszałem.

Niemałe wrażenie robiła także, jakby nieograniczona, rozległość dźwięków Jacaszka. Większość koncertu słuchałem z zamkniętymi oczami i narastającym przekonaniem, że udało mu się wykreować zupełnie osobne, zagarniające całą dostępną przestrzeń,  środowisko – raz wielobarwne i zaciekawiające, a raz dosadne i bezkompromisowe, choć najczęściej – jedno i drugie naraz.

Co do Mikołaja Trzaski – zaprezentował się świetnie, ale przywykłem w ostatnich miesiącach do słuchania jego twórczości w warunkach wprost niebiańskich (w małym klubie z odległości niecałego metra) i czułem się osobliwie pamiętając klarowność uzyskaną w Małym Domu Kultury.

Niby nie mam prawa oczekiwać podobnego efektu w większej sali, ale niedosyt pozostał, choć nie mogę napisać, że było z obecnością jego instrumentu źle.

Tu warto powiedzieć o dźwięku sensu largo – niewątpliwie udało się akustykowi udźwignąć ten organizm, choć zaznaczę niewielkie zastrzeżenia. Odrobinę ucierpiał wspomniany saksofon i część pasm elektroniki.

Chyba odpowiednim porównaniem będzie gdy napiszę, że miks poszczególnych elementów był wspaniały, jednak ich mastering pozostawiał nieco do życzenia. I chyba z tego powodu nie opuszczała mnie myśl, że ta złożona zawartość mogłaby wedrzeć się we mnie jeszcze głębiej.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s