ODPUSZCZAĆ MYŚLENIE (rozmowa z Michałem Bryndalem)

nawordpressa1.pngnawordpress2.png

Gdy jeden z pracowników Centrum Kultury Zamek, uprzednio delikatnie zapukawszy, zawitał do nas po raz trzeci i oznajmił z uśmiechem, żebyśmy jednak wyszli z drugiej strony, bo główne wejście jest już od godziny zablokowane dotarło do mnie jak bardzo ten wieczór się udał.

Rozmowa z Michałem Bryndalem / 01.04.2017 / CK Zamek, Poznań

Wystartujemy od sprawy, która może wydać się kontrowersyjna, ale nie o to w niej chodzi. Po prostu jestem ciekaw – w ostatnich latach upadło u mnie wiele dziecięcych czy nastoletnich, legend muzycznych i tak też jest z Led Zeppelin, Ty natomiast akcentowałeś wielokrotnie, że ogromnie cenisz Bonhamana, za co?

U mnie też nastąpiło pewne przewartościowanie. Kilka lat temu, kiedy wróciłem na chwilę do macierzy to uderzyło mnie prosto w twarz, że Jimmy Page gra tam delikatne kocopoły… I myślę sobie – ale jak to? Serio? To tak zawsze było? (śmiech)

(śmiech) To jednak mamy podobnie…

Jednym z cichych bohaterów tego zespołu jest zdecydowanie Bonham, ma drive jak cholera! Zresztą trafiłem ostatnio na takie ścieżki, gdzie każdy instrument Zeppelinów jest odseparowany i wiesz co? Mógłbym słuchać tylko tych bębnów. Jest też taki dokument dotyczący Gingera Bakera gdzie on mówi, że Bonham nie swingował. [długa cisza] Serio? Nie wiem nawet jak to skomentować. Z drugiej strony – jak wielkie trzeba mieć ego (będąc trochę perkusistą który potyka się o własny instrument) żeby zapraszać na duet perkusyjny Arta Blackey’ego? I jeszcze do tego – choć ja go też bardzo szanuję, szczególnie za te późniejsze afrykańskie projekty – te dwie stopy, 500 tomów i wzrok nie bardzo nadążający za tym co się dzieje… ale mówiliśmy o cichych bohaterach Led Zeppelin – John Paul Jones. Właśnie oni trzymają z Bonhamem ten zespół w ryzach, a pozostała dwójka to no wiesz… Jeden sobie pieje, oczywiście w cudowny sposób i znajdź drugiego, który pieje tak jak on, ale jednak i Jimmy, którego już omówiliśmy (śmiech). Inna rzecz – Page jest z kolei bohaterem jeśli chodzi o produkcję ich płyt…

No dobra. To teraz przejdźmy na Twój grunt. Pamiętam koncert Voo Voo z zeszłego roku w Blue Note kiedy podczas grania utworu Pierwszy raz Karim zainicjował czysty free jazz i Ty wszedłeś w to dosłownie w 1/10 sekundy i zmierzam tym wspomnieniem do pytania o to, czy odczuwasz wpływ muzyków z którymi grasz na własny styl? Czy może to przesiąkanie kimś innym dzieje się jednak poza świadomością?

Myślę, że takie rzeczy dzieją się podświadomie. Zresztą, dziś dotarło do mnie, że gram w Voo Voo prawie 5 lat! Właśnie wyszła trzecia płyta w moim dorobku nagrana z Wojtkiem, Mateuszem i Karimem i tak długi okres wspólnego grania przynosi pewne refleksje – np. Voo Voo jest specyficzne ze względu na to, że nie robi prób, ale dzięki temu na scenie nasze skupienie pozostaje cały czas na poziomie 200%. Bo tu, jak wiesz, nie ma piosenkowego, sztywnego podejścia – każdy może wprowadzić coś od siebie, rzucić energią, tupnąć nogą. Można na to zareagować, albo po prostu iść dalej – jest wiele możliwości. Ja zresztą na początku miałem masę problemów, w niby bardzo prostych utworach, takich jak np. Komboj – teoretycznie banalny beat, a w ogóle nie potrafiłem się w tym zmieścić, a wczoraj Karim podsunął pomysł, żebyśmy go zagrali ze względu na urodziny Stopki, który bardzo lubił ten numer i okazuje się, że to porozumienie między nami po prostu jest, już jest – jesteśmy naprawdę razem i to zarówno w zespole jako całości jak i ja z Karimem w sekcji. Czuję, że się skleiliśmy. Czy to jest równe, poprawne? Nie wiem, nie powiem, ale na pewno gramy razem i nawet obudzeni o trzeciej rano, ja w Bydgoszczy, Karim w Ustce, zmuszeni do grania przez Skype’a zabrzmielibyśmy spójnie i organicznie. A ten element wzajemnego wpływu jest bardzo interesujący, ale kto, od kogo, ile i kiedy bierze? Nie wiadomo.

Myślę, że przed Voo Voo, podobny rodzaj połączenia miałeś też z Wojtkiem Mazolewskim…

Twoja obserwacja może być celna – z Wojtkiem graliśmy sporo czasu, dużo się wydarzyło. Na początku funkcjonowania Quintetu graliśmy całe koncerty zupełnie z głowy – były może dwa, trzy utwory stałe, raz się pojawiały, raz nie i dla mnie to było ekscytujące, że Wojtek powiedział: słuchajcie, gramy co chcemy. To oczywiście niesie za sobą dużą odpowiedzialność, ale w ten sposób człowiek łapie mentalne połączenie z resztą muzyków, na bardzo wysokim poziomie i obecnie ten sam proces ma miejsce w Voo Voo.

Jaka wobec tego jest we wspólnym koncertowym graniu, relacja pomiędzy intelektem a emocjami? Jak Ty to widzisz?

Mocny temat – wiem zarówno z autopsji jak i z rozmów z kolegami muzykami, że kiedy intelekt przeważa i myślisz zbyt wiele w czasie rzeczywistym o tym co robisz, to ginie spontaniczność, duch, życie… I albo nauczysz się odpuszczać myślenie, choć to też zależy od repertuaru, bo jak masz zaaranżowane kompozycje to ta kontrola jest niezbędna – ale dla mnie odpuszczenie tej spinki, ma same dobre strony. Ten brud powoduje więcej zabawy, więcej przygód. W różny sposób można do tego doprowadzić. Historia muzyki XX wieku pokazuje to bardzo wyraźnie: alkohol, narkotyki… Jestem przekonany, że one wielokrotnie wzmacniały bezpośredni przekaz emocji w instrument. To byłby zresztą doskonały temat na pracę naukową, gdyby wziąć pod lupę np. scenę jazzową i poszczególne używki: heroina, koks… Brzmi to trochę śmiesznie, ale tak było. A przy okazji mała anegdota – znajomy perkusista mieszkający w Anglii był kiedyś na warsztatach z Johnem Hollenbeckiem, który opowiadał o tym, co ja nazywam autodojazdem. I myślę, że każdy z nas muzyków ma to w sobie. To jest czasem większe, czasem mniejsze – chodzi o głos w umyśle, który wciąż powtarza: ale źle zagrałeś, znowu źle, teraz to już zupełna tragedia… I John wspomniał, że u niego ten destrukcyjny szept był tak silny, że podczas jednego z koncertów po prostu wstał zza bębnów i przestał grać, bo dłużej naprawdę nie mógł. I to co jemu, o dziwo, pomogło to pisanie i aranżowanie muzyki. Umysł się skupił na czymś innym, przeszedł z wykonywania na komponowanie i problem stopniowo zanikał.

To poniekąd wiąże się dla mnie z własnym językiem muzycznym – jaka jest Twoja metoda na osiąganie tego stanu? Słuchając Dobrego Wieczoru, koncertu z Jarocina i Siódemki pomyślałem o tym, że osiągasz go – paradoksalnie – poprzez ciągłe negowanie swoich wcześniejszych metod grania oraz eksplorowanie nowych brzmień. Np. kolejne mutacje utworu Na coś się zanosi w wersjach live też mi to trochę potwierdzają…

Przed wydaniem Siódemki nasze granie było całkowicie organiczne, a ten utwór szczególnie! Jest bardzo plastyczny – są pewne ramy, a ja gram wokół nich i za każdym razem szukam trochę innego wyjścia. Zresztą to właśnie płyta Dobry Wieczór pozwoliła na to żebym pokazał trochę więcej siebie, byliśmy na tyle zgrani, że moje impulsywne podróże w jedną czy drugą stronę nie powodowały zamieszania. To jest główna różnica między mną i Stopką, ale też wcześniejszymi bębniarzami, bo tam był po prostu konkret. Czołg. A ja lubię grać melodycznie,  jak zrobię przejście to ono niekoniecznie musi się skończyć na raz, może się skończyć po kresce taktowej np. na cztery jeśli tak fraza wypada, bo to może wyraźnie zmodyfikować napięcie czy zmienić ciążenie. Moim największym idolem jest Brian Blade – to co uwielbiam u niego to to, że w kompozycji gdzie są dwa wyraźne i oczywiste akcenty potrafi podkreślić je właściwie ich nie grając. Wtedy kiedy cały zespół uderza – on odpuszcza. Napięcie jest jeszcze większe! I jest to wielka sztuka, która łączy się z tym o czym mówiliśmy wcześniej – on jest podczas gry kompletnie wypięty z rzeczywistości, tak jakby siadając za zestawem wyciągał wtyczkę z mózgu i wpinał ją w kosmos. Albo podłączał się bezpośrednio do bębnów i całego zespołu. I to jego granie pomiędzy niczego nie zaburza, nie niszczy flow, nie przeszkadza. To nie jest bałaganiarskie.

To naturalnie narzuca mi się pytanie o to, czy bardziej grasz do wewnątrz czy na zewnątrz? Masz na koncercie kontakt głównie ze sobą czy z innymi muzykami? Zadałem to pytanie ostatnio Maciowi Morettiemu i powiedział, że to mocno zależy od tego w jakim zespole gra. A u Ciebie?

Macio jest jednym z gigantów. Miałem dziś wywiad dla perkusyjnego periodyka internetowego i o takich osobach, na szeroko rozumianej scenie perkusyjnej się nigdy nie wspomina, a tam lecą same asy! Królowie Życia, Kwadratowi – jeden z najlepszych koncertów na jakim byłem w życiu. Nie wierzyłem w to co się dzieje. Ale przede wszystkim jego granie w LXMP – to jest miazga. On doskonale wie kiedy może przegiąć, albo specjalnie gra źle, po prostu żonglowanie twarzami w stopniu totalnym… A odnośnie Twojego pytania – dotykamy teraz nie wiem czy nie najważniejszej rzeczy, serio! Ja mam tak, że jeżeli schodzę ze sceny i nie pamiętam co grałem, to wiem, że było bardzo dobrze, bo przy odcięciu świadomości jestem całkowicie wciągnięty w prąd muzyki i wtedy wszystko jest na swoim miejscu – nie gram ani za dużo, ani za mało, zmiany dynamiczne, przejmowanie inicjatywy i pchanie zespołu czy solisty do przodu ale nie przykrywanie całości. Może można by to uznać za osobną technikę? Granie do wewnątrz i na zewnątrz… Ze Stryjo gramy całkowicie improwizowane koncerty i tam w zasadzie nie ma powtarzalności – ciągłe zmiany. I zauważyłem, że im mniej chcę intencjonalnie coś dodawać od siebie tym lepiej to wychodzi. Czyli jednak gram do siebie, do wewnątrz.

To teraz pytanie contra i choć domyślam się co powiesz to jednak je zadam – jaki jest wobec tego wpływ publiczności?

[długie milczenie] Na moją grę? Niewielki. Publika buduje nastrój. Może być bardzo miło i to dodaje energii. Miesiąc temu byliśmy ze Stryjo w Meksyku i graliśmy w parku dla masy ludzi. Oni byli dla nas, słuchali uważnie, mimo że atmosfera była piknikowa. To potrafi świetnie zadziałać na nastrój na scenie. Wielka radość, ale szczerze mówiąc nie zawsze tak jest… Czasami się cieszę, że gram w odsłuchu dousznym, bo te reakcje bywają nieco inne. Nie mniej – podejście do grania jest jednak u mnie egoistyczne. Gram dla siebie i dla zespołu, dla dobra całości. Chyba jednak wypadkową tego jest zadowolona publiczność. Win – Win. Choć z drugiej strony staram się dawać z siebie wszystko i tworzyć coś co ma najwyższą jakość, z szacunku dla samej sztuki, ale i słuchaczy. To z kolei przedkłada się na to że staram się zawsze być przygotowanym, ćwiczyć i ciągle się rozwijać.

To przenieśmy się na nieco inny teren – czy Ty zestaw perkusyjny traktujesz jako całość, czy zbiór pojedynczych instrumentów?

I tak i tak. Finalnie myślę o tym jednym zlepiony dźwięku, który generuję rzeczami które mam pod ręką. Z jednej strony jest to dla mnie jedna ścieżka dźwiękowa, ale z drugiej strony nie lubię nadużywać niektórych elementów. Instrumentarium dobieram w taki sposób by nie przesadzić i żeby środki zawsze odpowiadały jakiejś konkretnej muzycznej sytuacji. W Stryjo ta oszczędność jest chyba doprowadzona do końca – chcę wydobyć jak najwięcej muzyki z jak najmniejszej ilości elementów. Podczas pobytu w Meksyku poprowadziliśmy warsztaty na tamtejszej akademii muzycznej. Co ciekawe, podczas takich warsztatów człowiek może dowiedzieć się wiele o sobie samym. Trochę na zasadzie terapii. W każdym razie, rozmawialiśmy wtedy na temat instrumentarium z jednym z uczestników. Jeśli masz zestaw: 2 tomy, 3 talerze to nie musisz na wszystkim grać. Nie ma nakazu użycia wszystkiego teraz, zaraz. Tym bardziej że nadużywanie instrumentu powoduje spadek unikalności jego brzmienia. A jednorazowo użyte brzmienie może okazać się znakiem firmowym całej kompozycji. To trochę opanowywanie lęku przed przestrzenią.  

Czyli zgodzisz się z Tomkiem Stańką, że oszczędność w muzyce jest rzeczą bezcenną?

Oczywiście. Jest to wielce trudna rzecz. Znów – osobiście najlepszą proporcję dźwięku i ciszy uzyskuję wtedy gdy nie myślę i nie analizuję. Moim problemem jest to że zdarza mi się za mocno analizować, chcę więcej i lepiej. Paradoksalnie za dużo słucham… Zamiast skupić się na swojej partii moja atencja wędruję po całej scenie. W niektórych sytuacjach muzycznych grubo ciosany perkusyjny pewniak sprawdza się jednak najlepiej. Czasem jest tak w Voo Voo – na siłę wyłączam z odsłuchu Karima i Matełkę, zostawiam może trochę Wagla, żeby skupić się na tworzeniu pewnej bazy, bo oni i tak wszyscy grają bardzo gęsto.

A jesteś w stanie wskazać jakieś konkretne momenty, wydarzenia czy koncepcje, które ewidentnie wpłynęły na Twoją grę na przestrzeni lat? Gdy rozmawiałem z Teo Olterem to powiedział, że jego gra na gitarze bardzo mocno odcisnęła się na tym jak dziś traktuje perkusję. Przypominasz sobie w ogóle takie momenty?

Takich momentów na bank było wiele. Ale tak jak mówiłem wcześniej, najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z tego co na nas najbardziej oddziałuje. Trudne pytanie. Po zakończeniu liceum poszedłem na Wydział Sztuk Pięknych w Toruniu. Przez ten rok dużo grałem. Mieliśmy regularne próby z Sofą, z Organkiem i ekipą. Ale oprócz tego prawie codziennie ćwiczyłem w nocy. Miałem taki przedział czasowy między 22 a 2 nad ranem kiedy szedłem na starówkę do salki, tzw. Zębowni (mieściła się w podziemiu przychodni stomatologicznej). O takiej porze można się mocno wyciszyć. Grałem wtedy dużo improwizacji. Ćwiczyłem granie melodyczne. Granie solo ale nie w sposób wyczynowy, tylko rozwijania fraz, motywów. Myślę że ten czas dał mi bardzo dużo. I otworzyło mnie na melodyczne podejście do bębnów. Ja czuję, że mam ciągle za mało odwagi żeby pokazywać to na scenie, ale w Voo Voo ekipa zauważyła, że mam specyficzne zdolności i chcę iść w tę stronę – wiesz, to jest przepiękny instrument i naprawdę nie trzeba napierdalać na dwie stopy i machać głową. Mateusz nawet wyszedł z propozycją nagrania płyty w duecie, zobaczymy, może coś z tego będzie.

A przenosząc się do studia – jak Ty w ogóle radzisz sobie w tej przestrzeni?

Staram się mieć pustą głowę. Z reguły bardzo się stresuję studiem  i staram się doprowadzić do stanu o którym mówiliśmy wcześniej, czyli żeby nie analizować za bardzo. Utwór tytułowy z poprzedniej płyty np. jest dla mnie takim trochę – choć niektórzy uznają to za świętokradztwo – polskim Motownem. Specyficzny sound, krzywizny rytmiczne i lubiąc takie nieortodoksyjne podejście miałem trochę kłopotów ze św. pamięci Wojtkiem Przybylskim kiedy nagrywaliśmy pierwszy album z Voo Voo ze mną na pokładzie. Wiedziałem, że ma swoje podejście do bębniarzy. Nie lubił Stopki i potrafił mu powiedzieć, że jego bębny brzmią źle i że ma jechać na drugi koniec Warszawy przywieźć inny zestaw. Mając tę wiedzę na jego temat podszedłem do tej współpracy z dystansem, ale i tak były kilka momentów spornych. W Trąbce, pompce i lewarku zaczynam przejściem którego on nie chciał przepuścić. Ok, kiedy tego słuchasz wydaje się że to jakiś krzywy twór, niechlujnie zagrane. Ktoś wywalił się na bębny. Chciałem żeby tak było, bo takie rzeczy słyszy się na starych big beatowych płytach. Miałem już przygotowane wyjście że zapiszę to Wojtkowi w nutach i zobaczy że są to dwie frazy akcentowane co 5 itd. – chciałem podeprzeć się papierkiem. Ale przeszło i gdy wyszła płyta przyznał mi rację,  w swoim stylu: może być.

A Trzymając się gry – takie nieoczywiste niuanse kojarzą mi się przede wszystkim z talerzami i ich brzmieniem…

Sound leży przede wszystkim w łapach i w głowie. Z Wojtkiem Mazolewskim kiedyś byliśmy w Indiach, gdzie kompletnie olałem sprawę i wziąłem tylko swoje pałki, a tam jest generalnie kłopot z gratami – Wojtek miał do wyboru dwa kontrabasy. Jeden miał z tyłu dziurę zaklejoną taśmą klejącą, taką przezroczystą jak do biura, a drugi miał dwie takie same struny, jedną zdublowaną. A ja dostałem zestaw talerzy dla początkujących, najgorszych, ale uważam, że wydobyłem z tamtych blach naprawdę niezłe rzeczy. I było to niezłe wyzwanie. A historia z Instanbul Mehmet [firma produkująca talerze na których gra Michał] jest taka, że kumpel Harry Waldowski grający w zespole LemOn, jakieś 4 czy 5 lat temu pojechał do Stambułu i mówię mu, że chciałbym mieć ride 24 cale, taki dość duży, a on później dzwoni do mnie i mówi: Bryndu jest świetny ride! Mehmet! A ja na to: Mehmet? No nie wiem… A on: no ale jest mega! No to co było robić. Po jego powrocie spotkaliśmy się w salce, pierwsze dzyń i pozamiatane – CUDOWNY talerz, 24″ 61st Anniversary. On potem sam żałował, że wziął tę blachę dla mnie, a nie dla siebie. 3 lata później graliśmy ze Stryjo na Istanbul Jazz Festival. Wybrałem się na słynną ulicę  muzyków, nie ma wcale tak olbrzymiego wyboru jakby się mogło wydawać, ale każdy egzemplarz jest świetny, wszystko można brać w ciemno. Kupiłem do tego dużego rida crash 20″ z jednym nitem i na nich grałem większość trasy Dobry Wieczór. Duży crash, duży ride. Niedawno się okazało, że zaprzyjaźniona firma zaczyna dealować Mehmetem – odezwałem się do nich i zaczęliśmy współpracę. Używam ciągle jednak przeróżnych blach od różnych producentów bo jestem do nich przyzwyczajony.

To już na koniec – jak oceniasz wpływ wykształcenia muzycznego? Pozytywnie czy niezupełnie?

Mam swoje podejście. Spędziłem w szkole muzycznej 12 lat i 4 lata studiów, przeszedłem pełną drogę. Na początku grałem na fortepianie, a potem trochę z braku laku poszedłem do klasy perkusji, gdzie okazało się że nie będę się uczył grać na perkusji… Tak jest skonstruowany system w polskich szkołach. Tzw. zestaw perkusyjny jest tworem szatana i jeśli nauczyciel ma chęć i wolę to może uczyć na zestawie, ale jest to raczej poboczna rzecz. Może teraz jest trochę inaczej (mam nadzieję) ale za moich czasów człowiek musiał grać na instrumentach wykorzystywanych w orkiestrach klasycznych, np. kotły, ksylofon, dzwonki itd. Zaręczam że kiedy ma się 11 lat są to rzeczy skrajnie nieatrakcyjne. Zacząłem uczyć się na bębnach sam, podpatrując od starszych kolegów, później wakacyjne warsztaty itd. Jednak większość mojej drogi pokonałem sam. I myślę, że wiele temu zawdzięczam. Indywidualny sound, sposób myślenia, podejście do instrumentu itd… Mam wiele wad, ale zdecydowanie jestem specyficznym bębniarzem i to moja największa zaleta.  Jest jednak druga strona medalu – od dekady z hakiem światek amerykańkich perkusistów jazzowych opanowała ekipa w bardzo progresywny sposób łącząca klasykę jazzowego grania z produkcjami świata hiphop i soul. Mówię tu o takich nazwiskach jak: Chris Dave, Eric Harland, Kendrick Scott, Jamire Williams. Każdy gra inaczej, ale wszyscy są wybitni, idzie za nimi jakiś rodzaj świeżości. Otóż wszyscy uczyli się u jednego nauczyciela… Cechuje ich i wielki talent i otwartość muzyczna, ale też rewelacyjna technika. Wtedy myślę sobie o tych moich 12 latach w szkole muzycznej. Co by było gdyby itd.. Jeśli chodzi o podejście do muzyki u nas jest wręcz odwrotnie – studia na Akademii w Katowicach dały mi wiele, ale też przez nie nabawiłem się kompleksów. Jest to uczelnia skierowana głównie na mainstream jazzowy. Zamknięta na inne rzeczy. Całe szczęście działałem w różnych projektach muzycznych przed Akademią, więc miałem dystans, ale i tak moja wewnętrzna energia i własny bezpośredni przekaz zostały poważnie przytkane. Jeśli chcesz z akademii muzycznej zabrać dla siebie tylko to co dobre i pozostać tym szczerym organicznym muzykiem, to musisz mieć bardzo mocny charakter. Albo jechać na studia za granicę… Masa Polaków wyjeżdża na studia do Danii i tworzy się z tego nowe pokolenie jazzmanów, którzy bez problemu czerpią i wykorzystują i klasykę jazzu i free jazz i muzykę elektroniczną. Myślę, że polskim akademiom jeszcze daleko do tego poziomu edukacji, luzu i przede wszystkim wzajemnego szacunku. Co ważne – ja właśnie dzięki Voo Voo leczę się z tych dolegliwości, temu zespołowi zawdzięczam to, że zaczynam się otwierać na nowo.

Fotografia: Maks Krybus

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s