BRUDNE DŹWIĘKI (rozmowa z Maciejem Sobczakiem)

nawordpressa1.pngnawordpress2.png01finał.jpg

Miałem gdzieś z tyłu głowy myśl, że to spotkanie wysokiego ryzyka. On długi czas nie grał, a ja w tym okresie rzadko wracałem do jego muzyki. Po wydaniu Elektrycznego Kota coś drgnęło i klocki domina powoli zaczęły się przewracać, ale to wciąż – w sumie do ostatniej chwili – była niewiadoma. Niespodziewanie, gdy tylko się przywitaliśmy, ta wewnętrzna bariera… pękła natychmiast.

Rozmowa z Maciejem Sobczakiem / 27.10.2017 / Pod Pretekstem, Poznań

…wiele się zmieniło. Właśnie strzeliła mi pięćdziesiątka i przez przypadek powstało to Hot Water. Pytaj o co chcesz.

O przekroczeniu 50 roku życia opowiadał mi też Mikołaj Trzaska. Powiedział, że to był bardzo ciężki, traumatyczny moment…

U mnie to przyszło wcześniej. Rzuciłem Hot Water, bo już nie byłem w stanie tak funkcjonować. W piosence Palce, która jest trochę autobiograficzna, piszę o tym, że „nie pamiętam z tego nic” i rzeczywiście mam wrażenie, że z powodu tak zwanego rock ‘n‘ rollowego trybu życia mam ogromną wyrwę w życiorysie. Olbrzymią. Staram się ją załatać, od 7 lat leczę się na depresję i ten najgorszy moment – mam nadzieję – mam już za sobą. To jest stan, który nie pozwala ci wstać z łóżka, a jeszcze doszły te połamane palce i wtedy myślałem, że to już naprawdę koniec, więc nie grałem przez 5 lat. W pewnym momencie okazuje się jednak, że to ludzie… dobrzy ludzie – są najważniejsi i oni cię stymulują by coś zrobić. Brzmi to jak banał z telewizji, albo z książki, natomiast niejednokrotnie zauważyłem, że tych paru przyjaciół, których masz to jest twoja absolutna baza i SZCZĘŚCIE. To, że mam moją żonę Danutę, przyjaciółkę Kachę, Beatę, Maćka Rzeczyckiego, Pawła Zdanowicza, Maćka Kręca – to są ludzie, którzy we mnie CHOLERNIE wierzyli. Zawsze. Wierzyli we mnie dużo bardziej niż ja sam i potrafili mnie – dosłownie i w przenośni – przytulić gdy czułem, że się wszystko totalnie sypie i gdy nie miałem na nic siły. Tak też było z powrotem do Hot Water, kiedy Maciek Rzeczycki zaczął dla mnie budować pierwszego cigar boxa. Dałem mu pudełko po boliwijskich cygarach i wymyśliłem sobie by był 5 strunowy, potem powstał 2 strunowy, dla mnie w tej chwili najcenniejszy bo mam na nim autografy Dany Colleya i chłopaków z Morphine, którzy dla mnie zawsze byli… Rany ja dotknąłem marzeń grając przed nimi dwukrotnie i mając z nimi nadal kontakt, a nawet pewne plany z Daną Colleyem. Potem powstał kolejny cigar box, który jest naprawdę majstersztykiem, bo Zdanowicz i Rzeczycki z Tone Zone to są naprawdę fachowcy. Pierwszy nazywał się Bering, czyli dokładnie tak jak cygara i zastanawiali się jak nazwać drugi egzemplarz i kiedy go odbierałem to wybuchnąłem śmiechem, bo na tyle jest napisane „sport 20 papierosów” dokładnie tak jak na paczce fajek z lat ‘80. Jazda na maksa, ale przede wszystkim pięknie to brzmi, naprawdę. Te gitary mnie zainspirowały do tego, żeby wrócić…

Powiedziałeś o nowych instrumentach. Gdy rozmawiałem z Wojtkiem Waglewskim wspomniał, że gitara musi mieć dla niego historię, Ksawery Wójciński ucieszył się, że swojemu kontrabasowi mógł sam ją nadać, a Waldemar Rychły na gitarze, którą kupił jako nową gra ciągle, a tej bardzo drogiej i wiekowej prawie nie tyka… A jak u ciebie to się rozkłada? Czy wobec tego, co powiedziałeś, te starsze instrumenty – w pewnym sensie – odrzucasz, czy może wraz z powrotem do grania nabrały nowego życia?

Wręcz przeciwnie. Ja mam swoich gitar, choć nie liczyłem ostatnio, może z 12? 15? Akustycznych, elektrycznych, starych, nowych… Niektóre nawet z początku zeszłego wieku. Udało mi się kupić Oscara Schmidta z 1920 roku w jakimś antykwariacie i też na niej czasami grywam, a dzięki Maćkowi Kręcowi, który jest naszym menadżerem mam do dyspozycji cudowne instrumenty, których wcześniej nie używałem – całą serię pięknych Gretschy od Electromaticów, po sygnowanych Chetem Atkinsem Country Manów… to są poważne wiosła. Jest też wspaniały Stratocaster, którego dzisiaj też użyję, custom made jeszcze z cewkami nabijanymi przez osobę, która robiła to dla Jimiego Hendrixa, ale dzisiaj pierwsze skrzypce będzie grał mój ukochany, słodki, czarny Stratocaster Elite, którego mam od… od nie pamiętam. I to jest tak, że chętnie gram na innych gitarach, a mam też dwie gitary barytonowe: Squire Jazzmaster i Gretsch i one brzmią zupełnie inaczej, a granie na nich to ciągłe odkrycia! Myślę, że jak będę robić kolejny materiał to na pewno ich użyję, choć zachowuję się trochę jak dziecko w składzie z porcelaną. Próbuję grać trochę jak na basie i sam nie wiem do końca w jaki sposób do nich podejdę, bo nie wiem jak ich dotknąć. Lubię zapomnieć, że one są barytonowe i grać po prostu zwykłą solówkę, co jak stroję w dolnym A, to brzmi POTWORNIE! Zupełnie jakbyś nagrał solówkę jakiegoś wariata i zwolnił ją parokrotnie (śmiech). Jak taki chodzący mamut! Ale wracając – chętnie dotykam tych różnych gitar, bo są takie piękne, wyzywające, każda z nich ma inną budowę i wymaga trochę innej techniki i jak są warunki to chętnie je zabieram i używam pod nastrój konkretnych kompozycji, bo lubię eksperymentować i się z nimi mierzyć.Do takich czystych brzmień używam Gretscha, ale często łapię się też na tym – i pewnie dzisiejszy koncert taki będzie – że wszystko gram na Stratocasterach, bo jednak jestem fenderowiec. To jest moja prawdziwa natura. Jakbyś mnie zostawił na wysepce na środku oceanu, to właśnie ze Stratocasterem.

Wspomniałeś Jazz Mastera, słyszałem, że do spółki z nim Jaguar i Mustang to bardzo trudne i niewdzięczne gitary…

One są specyficzne. Miałem je wszystkie w łapach i dorzuciłbym do tej listy jeszcze Coronado. To też przedziwna historia – ma gryf jak od Stratocastera, ale z pudłem rezonansowym jak w Epiphonie. Część z nich jest pomyślana tak, żeby służyły jak typowo rytmiczne gitary i kiedy weźmiesz akord i – przepraszam za wyrażenie – pierdalniesz, to to naprawdę wybrzmiewa. Gorzej w improwizacji, dlatego, że ten dźwięk często… Choć wiesz są szkoły łódzkie i elbląskie (śmiech). Ja na przykład i przepraszam za to wszystkie Telecastery – nigdy nie miałem serca do tych instrumentów. One nigdy mi nie podchodziły, a znam ludzi, którzy robią na nich cuda absolutne! Od mojego gitarzysty Zdanowicza po Jimmiego Page’a, który Schody do Nieba robił właśnie na Telecasterze. To jest kwestia chwycenia w łapy i tysiąca innych rzeczy, jak choćby to czy gitara ma podstrunnice czy jej nie ma. Ja nie lubię gitar, które nie mają podstrunnic, a grałem kiedyś na takiej replice claptonowskiej, która jej nie miała i grało mi się świetnie, być może dlatego, że mam ogromną słabość do Claptona i można by tak od rana do nocy (śmiech).

Właśnie, Clapton – a na ile te zewnętrzne miłości pomagają w tworzeniu własnej muzyki, a na ile mogą być obciążające?

Ja technicznie jestem kompletną fujarą. To nie jest kokieteria. Nie jestem dobrym gitarzystą – jestem czujnym gitarzystą. Wiem kiedy zagrać i kiedy odpuścić i to jest ważne, bo wielu muzyków nie zna limitu, a czym jestem starszy, tym bardziej cenię sobie miejsca, gdzie lepiej nie położyć dźwięku, albo gdzie wykreować wielką dynamikę. A jeśli chodzi o inspiracje – jestem mega leniem i to ma swoje plusy i minusy. Minusem jest to, że nie nauczyłem się dokładnie żadnej konkretnej techniki. Teraz na starość myślę, żeby wziąć jakiś podręcznik i zacząć uczyć się improwizacji jazzowej, bo zaczyna mnie to kręcić, a nigdy do tej pory się za to nie brałem, choć to oczywiście trudny temat. Jak byłem szczeniakiem i zaczynałem grać, to robiłem jedną rzecz: chwytałem gitarę, jakąkolwiek – nie miało znaczenia czy akustyczną, czy elektryczną, a zresztą wtedy w ogóle o instrumenty było trudno w Polsce – włączałem telewizor, albo radio i grałem absolutnie do wszystkiego. Jak leci. Najpierw byli Beatlesi, potem natychmiast JJ Cale, Peter Green, Ten Years After, Los Lobosy, a wreszcie wspomniany Clapton, którego kiedyś uważałem za starego nudziarza. Mam od niego ze dwie czy trzy zagrywki, ale wracając do lenistwa – jego plusem jest to, że kiedy przynosiłem covery do zespołu, to nikt ich nie znał, a ja sam znałem je tylko ze słyszenia, bo kiedyś mi się obiło o uszy i mówiłem: „chłopaki mam taki kawałek” i grałem na czuja, a po paru latach okazywało się, że ten utwór jest zupełnie inaczej skonstruowany, są tam inne akordy, że ogólnie zgadza się linia melodyczna i ani oni tego nie wiedzieli, ani ja szczególnie nie przykładałem do tego wagi, a wszyscy krzyczeli o tym jaka to jest wspaniała impresja na temat, tak? Czyli w prezencie dostałeś pochwały i oklaski, a tak naprawdę – mówiąc nieco ściszonym głosem – to wszystko z lenistwa (śmiech).

Rany jak cudownie, to jest prawdziwa nadzieja dla ludzkości (śmiech).

No w pewnym sensie tak! (śmiech). Jak nie chce ci się naśladować każdego dźwięku, to zagraj to po swojemu i tak się faktycznie stało. Śmiałem się z tego, bo to potem przeszło na nasze kompozycje i jak graliśmy pierwsze kawałki Hot Water to ludzie myśleli, że to covery i odwrotnie. Takie poplątanie z pomieszaniem (śmiech).

Ten własny element jest dla mnie bardzo ważny. Kiedy jeszcze nie włączyliśmy dyktafonu i zapytałeś mnie o to, dlaczego chcę z tobą porozmawiać, to wspomniałem o tym słuchaniu Boogie Chilli i Hot Water pomiędzy 3.00 a 4.00 rano, jakiś czas temu. Starałem się namierzyć jakiś wspólny element pomiędzy koncertowymi nagraniami sprzed 10 lat, a Elektrycznym Kotem, bo wciąż go gdzieś wyczuwałem, ale nie potrafiłem jasno określić. I wydaje mi się, że znalazłem – chodzi o pewną… określenie „dychotomia” nie brzmi właściwie, bo sugeruje, że coś do siebie nie pasuje, a mi chodzi jednak o udane połączenie wykluczających się wartości, czy dokładniej – nastrojów. Słuchając nagrań Boogie Chilli odniosłem wrażenie, że bardzo często w utworach, trochę upraszczając i spłaszczając – weselszych, grałeś partie bardzo ciemne i liryczne w taki sposób, że solówka stawała się osobnym rozdziałem w ramach jednego opowiadania, przez co budował się wyraźny emocjonalny kontrast. A na nowej płycie Hot Water dostrzegłem to w głosie, szczególnie gdy w tym samym czasie idą dwie ścieżki wokalu – jedna jest taka spokojna, croonerowa, jakby śpiewana bardzo blisko mikrofonu, a druga rozkrzyczana i dzika. I te dwa światy się moim zdaniem bardzo mocno naginają nawzajem, tak jakby ten balon zaraz miał pęknąć, ale jednak się trzyma! I zastanawiam się czy to uzyskiwanie tak dużej rozpiętości emocjonalnej i niejednoznaczności stylistycznej jest jakimś twoim celem? A może ja się zupełnie mylę? (śmiech).

Ciekawa obserwacja, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale uchwyciłeś to! Ja mam osobowość dość liryczną – jestem romantykiem i rzeczy, które robię w życiu i w muzyce są romantyczne. Moja żona nawet twierdzi, że mam jedną półkulę żeńską (śmiech). Z drugiej strony, zwłaszcza jeśli mam dobry nastrój i roznosi mnie energia, bywam straszliwie ekspresywny, wtedy chcę się tym, co mam podzielić z całym światem. Zresztą – pewne rzeczy ludziom trzeba podać bardzo ekspresywnie, na przykład treść, ale to jest zawsze i tak wzmocnienie pewnej zadumy i jeśli słyszysz krzyczący chórek, gdzieś tam w backupie spokojniejszego głosu, to tu się wszystko zgadza, bo można podać emocje z cyklu „złość” w sposób bardzo wolny, spokojny, chłodny, albo odwrotnie. Co do gry – staram się żeby była dzika. Nie ćwiczę i łapię się na tym, że czym mniej ćwiczę tym to lepiej wychodzi. Zawsze jestem na siebie o to zły i zawsze sobie obiecuję, że w końcu zacznę (śmiech).

To zostańmy na chwilę przy tekstach i śpiewaniu – czy rola wokalu w piosence się zmienia w zależności od tego czy śpiewasz po polsku, czy po angielsku i jaki wpływ ma na całość fakt, że jesteś bądź nie jesteś, autorem tekstu?

Nie było z tym specjalnych kłopotów, bo cudze teksty śpiewałem zawsze po angielsku, a angielski ma to do siebie, że można się swobodnie bawić melodyką. Jeśli chodzi o teksty Hookera to gdybym je przetłumaczył i zaśpiewał… To jest w ogóle zabawny temat, jakby wziąć pod lupę teksty przy których tupiemy nóżką, albo dodajemy gazu w samochodzie. Naprawdę w wielu przypadkach wystąpiłaby sytuacja żenująca, więc po polsku śpiewam tylko i wyłącznie swoje rzeczy. Nie mam z tym problemu i nie wiem czy w ogóle bym potrafił zaśpiewać inne… Pod tym względem jestem dość stanowczy – niespecjalnie sobie wyobrażam śpiewanie o cudzych uczuciach. Raz mi się zdarzyło kawałek Waglewskiego zaśpiewać, ponieważ wtedy spędzaliśmy ze sobą dużo czasu i to jakoś poszło naturalnie. Coś tam nagrywaliśmy, Wojtas przyjeżdżał tu często, koncertowaliśmy w duecie jakiś czas, a i tak ludzie narzekali na to nagranie, że: „ojejku ile tu Wagla, ile tu Wagla”. Zawsze zależy mi na tym żebym to był ja, a wtedy jakoś ot tak, zaśpiewałem.

A co w ogóle cię pchnęło do tego by zaśpiewać taki utwór jak Palce? Dla mnie odsłuch tego numeru to zawsze konfrontacja z bardzo trudnymi emocjami, no i trudną historią.

Staram się pisać o tym, co mnie aktualnie dotyczy i co mam w głowie, oczywiście robię do tego jakieś przekładnie, przenośnie i nie podaję tego w 100% dosłownie na tacy, ale oddaje nastrój – to czego się boję, o co się martwię, albo co kocham. Z jednej strony nie chcę by to było dosłowne, a z drugiej chcę, by pozostało czytelne dla każdego. Połowa tej płyty jest bardzo smutna, ale nie dla mnie, bo mówienie o rzeczach smutnych sprawia, że odczuwasz specyficzne katharsis. To nie jest ekshibicjonizm, ani zwieszanie się na słuchaczu. To jest opowieść. Jestem przeciwnikiem takiego jednoznacznego konstruowania koncertów, jak to czynią niektórzy, czyli albo jesteśmy super weseli i bawimy się, tańczcie z nami, albo jesteśmy totalnie zgnębieni… Ludzie słuchając Morphine mają często takie skojarzenia, że to jest strasznie ciężka i ciemna muzyka, ale nikt nie słucha tekstów! Dana Colley grając pierwszy raz w Poznaniu kreowali z Jerome’em (basistą) taki swoisty stand up. Byli śmieszni, prawie, że tworzyli kabaret. Dana którąś z cięższych kompozycji zapowiedział jako jeden z najbardziej optymistycznych utworów na świecie. To utwór o miłości do kobiety, napisany przez Marka Sandmana w sposób dość lakoniczny i gdyby oderwać ten tekst od muzyki byłby pięknym wyznaniem miłosnym. Następnego razu, na jesień kupiłem taki duży album Beksińskiego i napisałem dedykację dla Dany Colleya: „za najbardziej radosną i spontaniczną muzykę na całym świecie” i mu to wysłałem, na co on wysłał mi przeogromną ilość uśmiechów (śmiech). To jest wszystko względne. Można mówić o rzeczach poważnych z pogodą i z uczuciem akceptacji, albo tak jakby się je tylko obserwowało. Sucha konstatacja, że po prostu tak jest. I co? Możesz obok tego przejść, możesz to zaśpiewać, albo napisać coś gorszego albo lepszego, jak przyjdzie ku temu okazja. Natomiast to nie są rzeczy smutne, one są takie jaki jest świat wokół mnie.

Powiedziałeś wcześniej o podawaniu ludziom muzyki w konkretny sposób – jaki wpływ na twoją grę ma publiczność i co sprawia, że koncert jest dobry?

Ma bardzo duży. To pewnie też banał, ale muzyk, aktor, ktokolwiek, kto występuje prosi o więź. O to, żeby nastąpiła reakcja i jak jej nie ma, to robi się smutno. Zdarzało nam się grać koncerty, kiedy ta reakcja była mocno ograniczona, szczególnie podczas takich najdziwniejszych koncertów, kiedy grałem dużo utworów wciąż wspominanej przeze mnie wcześniej Morfiny. Ja się pod ich wpływem nieustannie znajduję, ale przepraszam, znów odbiegłem… Zdarzają się występy, kiedy ludzie nie wiedzą z czym to zjeść i dopiero na samym końcu, kiedy ich ośmielisz, zaczyna się takie nieśmiałe, lekkie klaskanie i oczywiście, że świetnie się czuję, kiedy od początku jest ta interakcja, kiedy ludzie wiedzą po co przyszli i dają mi carte blanche, czyli nie muszę się spinać, kłaść gitary na plecy, odstawiać jakichś chałupców, tylko mogę uderzyć akord i uśmiechnąć się do nich. Wtedy z każdym kolejnym utworem gra się lepiej i gra się dla nich. Tak ma chyba każdy?

Zdziwiłbyś się (śmiech).

Tak? Wiesz, ja nie potrafię się całkowicie wyabstrahować na scenie, to znaczy potrafię, ale to jest szpetne uczucie. Kiedyś z powodu emocji czy nerwów potrafiłem się bardzo mocno zamknąć, czy też znieczulić jakimiś pigułkami. Wtedy te koncerty nic nie znaczyły. Były złe dla ludzi i złe dla mnie. Równie dobrze mógłbym wejść wtedy do piwnicy i zagrać to do ściany.

Wciąż krążymy w temacie przemian. Czy ty na etapie kształtowania swojego dźwięku dostrzegasz jakieś ważne zmiany? Kiedy rozmawiałem z Raphaelem Rogińskim wspomniał, że raczej nie, że od pierwszego uderzenia raczej wiedział jaki chce mieć dźwięk. Michael Zerang powiedział, że kontakt z nagraniami mu te zmiany uzmysławia… A ty?

Dobrze się z tobą rozmawia…

Dzięki!

To bardzo inspirujące pytanie. Nie myślałem o tym zbyt często, ale właśnie teraz, gdy zadałeś to pytanie, to mogę powiedzieć, że zmieniło się prawie wszystko, choć na pewnym poziomie prawie nic. Przez pierwszych kilkanaście lat grania robiłem to dość nerwowo, zarówno na koncertach, próbach i w studiu. Potrafiłem robić kilkanaście podejść do solówki, byłem zawsze krytyczny i niezadowolony. Nigdy nie potrafiłem wysłuchiwać swoich nagrań koncertowych, zresztą to mi zostało do tej pory, tak samo nie słucham swoich płyt i nie mam ich… Teraz trochę żałuję. W związku z wiekiem dochodzę do wniosku, że warto by mieć cokolwiek w kolekcji i zaczynam zazdrościć tym, którzy tam coś znajdują. A jeśli chodzi o nową płytę – Elektryczny Kot nagrany był w ten sposób, że część rzeczy nagrałem w domu, za pierwszym razem z absolutnym przeświadczeniem, że w ogóle nie interesują mnie jakiekolwiek pieszczoty wokół tego. Te nagrania miały być brudne, bo takie właśnie są. Anioła nagrałem w ciągu pół godziny, od początku do końca i tylko zapukałem do mojej żony [puka w stolik 3 razy], budząc ją o 2:00 z pytaniem: „podoba ci się?”. Zrobiłem go na Gretschu i małym tranzystorowym wzmacniaczu. Nałożyłem jeszcze takie prymitywne akordy fortepianowe i to trochę zabawna historia, go gdyby to zagrał jakiś zawodowy pianista, na przykład Jacek Piskorz, to zabrzmiałoby to zbyt miękko. Często jest tak, że za niektóre instrumenty powinni chwytać się ludzie, którzy nie mają o nich zielonego pojęcia i to mnie interesuje! Tak samo było w MM Studio u Przemka Ślużyńskiego, gdzie nagraliśmy resztę. Brałem instrument, grałem podkład, zaraz potem wchodząc w solówkę i wychodząc z końcówką mówiąc „kropka”. Bo tak jest, tak gram i nie zamierzam tego zmieniać. Są brudy, kopsnięcia, niedociągnięcia – mam to w… I jeśli ktoś to polubi, to świetnie. Jeśli nie, no cóż. Nie zamierzam tego czyścić, bo po co miałbym to robić? Pod tym względem jestem 100% bluesmanem.

Właśnie! To chciałem teraz zapytać o rolę brudu, to jest jakiś cel, czy to wychodzi z ciebie samo?

To wychodzi samo, są momenty bardzo czyste i piękne, a są takie, że trzeba splunąć na te struny. Z tym mi się właśnie kojarzy ekspresja. Tak jest z słuchaniem Hookera. Niby nie umie grać na gitarze, bo to jest więcej tupania i uderzania, a ja się pół życia zastanawiałem, jak to możliwe, że Czarni uzyskują taki groove! A to jest połączenie: niestroju, pewnego prymitywizmu oraz używania instrumentu jako narzędzia rytmicznego i powstaje wtedy pewna całość. Właśnie ta całość jest dla mnie najważniejsza, tak jak nigdy nie pasjonowałem się solówkami wyrwanymi z kontekstu, albo brzmieniami w oderwaniu od reszty kompozycji.

A skoro interesuje cię całość, to jak jesteś skupiony podczas koncertu, bardziej do wewnątrz czy na zewnątrz?

Na zewnątrz, ale nie zawsze tak było. Kiedyś trema dominowała i zanim się rozegrałem byłem tylko nastawiony na JA. W tej chwili jest mi wszystko jedno kto i kiedy gra solówkę, to się może zmieniać w ciągu sekundy. Przestało mnie to bycie na froncie kręcić, bo podkład jest tak naprawdę najważniejszy. Jeśli dostaniesz słabą podstawę, to możesz zagrać niesamowite rzeczy i one PRZEPADNĄ. Sekcja jest ważna – to ci ludzie w znacznej mierze powodują, że chce ci się grać. Wczoraj mieliśmy próbę we 4 i wymienialiśmy się partiami z Maćkiem Zdanowiczem i wreszcie znalazłem fragmenty, gdzie zupełnie przestawałem grać. Zupełnie. To jest świetne – gdy tak się wyczuwamy, że pozostają trzy instrumenty, albo dwa! Bo reszta mnie zostawiała samego z Darkiem [Nowickim] kiedy grałem na basie dwustrunowym, slide’em, a potem się dołączali. O to chodzi. Właśnie taka konstrukcja, która się rodzi ze znajomości, wyczucia, wspólnego nastroju i jak się taki zdarza to mamy wielkie szczęście.

A do czego w ogóle służy ci próba? Znam ludzi, którzy kompletnie do prób nie mają przekonania (śmiech).

Ja też jestem leniuchem i unikam tych prób jak ognia, ale są takie momenty – na przykład kiedy nie gramy przez miesiąc – że musimy zrobić próbę, żeby zobaczyć co jest. Jestem zadowolony i mam nadzieję, że to też dziś na koncercie się ujawni, bo powstały zupełnie nowe aranżacje, tak ad hoc i to w utworach, które mają znacznie więcej niż 1 akord. Niektóre utwory się zupełnie pozmieniały. Istotność próby leży dla mnie w tym, że kiedy zagrasz ich parę to każdy z muzyków, wie do jakiego momentu może się posunąć, jak daleko zaszaleć i odjechać znając formę, a forma to tylko szkic, który potem trzeba pomalować. Na koncercie się maluje – próba jest po to byś wiedział, na jakiej sztaludze, na jakim blejtramie i jaką techniką, a poza tym rób co chcesz i będzie świetnie! Im więcej jest potem improwizacji, które są wyniesione z tej próby, tym lepiej, bo wiesz gdzie jest lotnisko – a to jest dość istotne, bo jak to się popieprzy to może być różnie (śmiech).

Wiesz, dla mnie to jest ogromnie ciężki temat, bo wiem, że masz coś wspólnego z malarstwem, ale przyznaję – w ogóle się w to nie zagłębiałem, bo mam raczej słaby wzrok i nie do końca wiem jaka, tak naprawdę, przestrzeń dzieli cię od tego okna za tobą (śmiech), ale zapytam, bo powiedziałeś o tym malowaniu w dużych emocjach. Co cię z malarstwem łączy i jak to się przekłada na grę?

Zajmuję się teraz robieniem ikon, choć na to określenie ktoś się może obrazić – pisaniem ikon. To znaczy, pomagam mojej przyjaciółce Katarzynie od wielu lat, od kiedy jeżdżę w Bieszczady, gdzie ładuję akumulatory, a sam też lubię sobie czasami coś pobazgrać. A odnośnie tego przenikania… cholera – znów mnie łapiesz na ciekawe zwierzenia, nad którymi nigdy nie myślałem (śmiech). Na pewno te doświadczenia nie przenoszą się na grę tak dosłownie, ale w pewnym momencie stwierdzasz, że twój mózg jest ukształtowany przez zajęcia X, Y, Z. W mim przypadku są to zajęcia – powiedzmy – artystyczne, choć mam duży dystans do tego pojęcia i wolałbym mieć teraz często konkretną robotę od A do Z i nie mieć żadnych wątpliwości. Wiesz, ja łapię się na tym, że nigdy nie mam urlopu i jednocześnie mam go przez cały czas, bo nie wiadomo jak to rozgraniczyć. W psychologii jest tak, że powinieneś sobie robić przerwę pomiędzy miejscem odpoczynku a miejscem i czasem pracy, ale nie potrafisz sobie wyłączyć tego myślenia, bo jak zacząłeś robić jakiś kawałek, to ciągle masz go w głowie. Może coś byś dopisał, tekst zmienił… Tak po prostu jest. Kiedyś, jak pierwszy raz przyjechałem w Bieszczady, to mnie ktoś zapytał co robię, to odpowiedziałem, że: „gram trochę, trochę maluję…” A on odpowiada: „artysta!” A ja na to tak nieśmiało i niechętnie, że „no coś w tym stylu…” A wtedy nastąpiła taka pauza i te słowa dziś uwielbiam – „bo tu stary jest tak – weźmiesz kamień i rzucisz, to trafisz w artystę” (śmiech). Tak często jest! Po latach jak siedzisz do świtu, próbujesz coś zagrać albo namalować, a z tym malowaniem to naprawdę różnie wychodziło, bo pisząc ikony musisz być naprawdę bardzo rzetelny i dokładny, tym bardziej, że ja odpowiadam za ten etap wstępny, czyli: robię podmalówki, kładę złoto pod rzeźbienia i jeśli coś schrzanisz to musisz to robić od początku. Wyobraź sobie – kładziesz złoto, potem czekasz 12 godzin aż ono wyschnie, może coś poprawisz, mijają dwa dni i widzisz, że jest TOTALNA rysa. Musisz wtedy to wszystko zetrzeć, położyć grunt na nowo i znów wystartować. Więc a propos tego artyzmu, pewnego dnia o piątej rano wyszedłem przed chałupę i zamarzyłem, żeby taki kamień – WIELKI GŁAZ – był w kształcie bumerangu, żebym go rzucił mocno przed siebie i jak on by mnie tak chwilę później jebnął w ten mój artystyczny łeb, to by mi się zrobiło najlepiej! (śmiech).

(śmiech) Ojej, popłakałem się ze śmiechu… Wiesz co, to może już na koniec – po drodze padło słowo „forma” i powiedziałeś o niej trochę, ale jednak dopytam – na ile ona w sumie buduje skuteczność muzyki, a na ile artykulacja i feeling? Czy to w ogóle są dwa oddzielne tematy?

Tak, są oddzielne. Forma jest po to żebyśmy wiedzieli gdzie jest pas startowy, a gdzie lotnisko i czasem sens całego utworu jest w tym zawarty – nie może być ani dłuższy, ani krótszy, a są takie kawałki, które rozwijają się jak Bolero. In My Time of Dying, które gramy od 100 lat, może od 150 może mieć 3, ale nie nigdy nie ma mniej niż 10 minut, bo jest groove, który cię napędza i każe ci coś zrobić, a utwór Elektryczny Kot nie może trwać więcej niż 3 minuty. Tak stwierdziłem. Nie potrafię tego dłużej zagrać, chyba, że włączy się niejaki Slow czyli Maciek Syroczyński, który zagra nagle coś swojego ładnego, trochę mnie zaczaruje i zdezorientuje i wtedy myślę: „cholera znów mnie łyknął!”, ale jak gram go sam, to nie może mieć więcej niż 3 minuty. To jest krótki i jasny przekaz i taki ma być. Nie powiem jaki zespół, ale stara znana i osadzona od dziesięcioleci polska – najpewniej dobrze zarabiająca – ekipa nagrała nową płytę. Słyszałem to o piątej rano, jak mój kuzyn wstawał i szedł do pracy. Nie jestem fanem tego zespołu w ogóle, ale myślę sobie: „świetny riff, naprawdę dobre”. Mija 10 minut i myślę: „no, nadal dobre, ale trzeba skończyć”, ale potem minęło też 15 i 20 minut… zarżnięty, zaszlachtowany, przepiękny motyw, bo ktoś nie wie kiedy skończyć! A jeszcze co drugie słowo pojawia się hasło „solówa” którego nie znoszę… ale jak przy tych sprawach jesteśmy, to skończę czymś z zupełnie innej bajki – bo można odkryć coś, albo przestać się śmiać z kogoś, do kogo miałeś zawsze stosunek co najmniej lekceważący. Kiedyś słyszałem koncert ku czci i pamięci Grzegorza Ciechowskiego, a ja tak naprawdę nigdy nie byłem fanem żadnego polskiego zespołu. Może miałem słabość do paru muzyków, ale taśm raczej nie wysłuchiwałem… Grała masa ludzi i w pewnym momencie na scenę wchodzi Ryszard Rynkowski. W naszym środowisku to od razu każdy pomyśli: „o matko!”…

Tak właśnie pomyślałem (śmiech).

No właśnie, a on siada i zaczyna grać, w bluesowej wersji, utwór „nie pytaj o Polskę”… miałem ciarki na plecach! To tak jak z Tomem Jonesem! Wyprawiał niesamowite brednie w latach ‘70, a od kiedy zaczął grać porządne rzeczy to rany! Kocham tego człowieka! Ostatnio grałem na koncercie Burning Hell, to oczywiście jest Hookera, ale on też to zagrał ostatnio z jakimś gościem z King Of Leons… zresztą wszystko jedno. Wiesz, szedł sam tylko rif: dżudżu-dżudżu-dżu… i ten głos jak dzwon, jak Boga kocham, uwielbiam Toma Jonesa, bardzo szanuję Rynkowskiego, no i… kocham Morfinę!

Fotografie: Bartek Rogalewicz

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s