Panowie (Mełech / Majewski / Królikowski / Buhl) powoli wypełniają treścią autorską broszurę informacyjno-turystyczną o tytule: Poznańskim szlakiem – kulturalna mapa miasta. W tej chwili są w niej wyszczególnione trzy przystanki: Dragon Social Club (2019), Pies Andaluzyjski (2020) i Pan Gar (2023). O tym ostatnim będzie dziś głównie mowa, acz napomknąć o wizytach wcześniejszych nie zawadzi.
Sety zaprezentowane w Dragonie pozostawały najgłębiej zanurzone w tym, co tak idiomatyczne (i cenne) dla sceny free improv – z wyrazistą energetyką i zaczepną pomysłowością na czele. Utrzymywanie tendencji straceńczych nie oznaczało jednak ślepego podążania za drogowskazem continuamente fortissimo possibile, dramaturgia falowała naturalnie. Rzekłem Piotrkowi Mełechowi w korytarzu: „Takie koncerty mają swój wymiar etyczny i być może nie warto tak grać, ale trzeba”.
W Psie przeważał za to spokój i ogłada. Sporo refleksyjnej aury, która przy panującej powadze pozwalała się też zapomnieć i odprężyć, bywało chwilami całkiem kinowo. Gdyby ten wieczór pozbawić bisu – Bydgoszcz no mercy classic type – można by śmiało stwierdzić, że te dwa występy okazały się swymi odwrotnościami.
Spotkanie w Garze do wspomnianych wydarzeń przystawało (choć to nieco marketowe określenie) jakościowo, jednocześnie odróżniając się od obydwu niemal równie mocno jak koncert pierwszy od koncertu drugiego.
Kolejne sekwencje odżywiała i rozwijała wspólna uważność oraz dbałość o bieżące różnicowanie głosów, odlegle przypominające kotłowaninę kontrastów z niektórych (suprise!) kwartetów Mieczysława Wajnberga. Zespół tę metodę stosował zarówno we fragmentach o wzmożonej intensywności, jak i przebiegach nienachodzących zbytnio ciszy.
Tak dyskretna praca, w której prymarne znaczenie miały dążności całościotwórcze, była też fizjologicznie pożądana. Mimo że powstawała muzyka bogata w szczegóły, to podawanie jej nierzadko pół-szeptem chroniło przed przebodźcowaniem, a konsekwentne ugruntowywanie konkretnych stanów, dawało możliwość realnego zapuszczenia w nich korzeni. Pod jednym wszakże warunkiem – ciągłej walki o własne skupienie. Inaczej moglibyśmy rozminąć się z tym materiałem, niczym ze schowanym pod dębowym liściem prawdziwkiem.
Obcowanie z Kwartetem otwierało w ten sposób perspektywy dla oceny kondycji własnych sił odbiorczych oraz kształcenia ich niejako w biegu. Czasu na „badania” nie brakowało, gdyż sam utwór rozpoczynający trwał bez mała pół godziny i polegał przede wszystkim na nieustannym balansowaniu pomiędzy narracyjnymi spacerami klarnetu (podbudowanymi impulsami sekcji i rzucanymi przekątnie ukosami pianina) oraz fluktuacjami pojedynczych dźwięków o abstrakcyjnym charakterze.
Płynne przechodzenie do nowych wątków pobudzało ciekawość i wzmacniało wrażenie uczestnictwa w wyprawie, podczas której – dość regularnie – zmieniały się propozycje odpowiedzi na pytanie: „Którędy teraz?”. Może przez góry? Może pod wodą? Może między drzewami? A z kursu i tak nie zbaczano. Tę część koncertu zamknęła kilkuetapowa kulminacja z powrotami motywu klarnetowego, wskakującymi na, co rusz przekształcane, zespołowe tętenty.
W następnych dwóch utworach Kwartet także po zakresie dynamicznym poruszał się swobodnie, znów dobijając do decydujących spiętrzeń, a mimo to trudno te kompozycje uznać za podobne do siebie.
Najpierw, ledwie markowane, oznaki tonowania nastroju przeplatały się z obocznościowymi antonimami, później zgaszonymi na rzecz pogłębiania nostalgicznej atmosfery: ogień w kominku, whisky, stare notatki… Gdy dominująca zgoda już zaraz miała przepchnąć całość w stronę miękkości, wzięto się za stopniowe przekręcanie osiągniętego rezultatu, temat wiodący zachowując w tle. Kiedy na koniec wrócił na wierzch, był niczym puszczone oko.
Szmery zestawu perkusyjnego, ukradkiem dołączające aero-drobinki, urywki-szarpanki i elektroniczne ułamki – wszystkie one po kilku minutach zaczęły gęstnieć, a skrawki klarnetowe przeszły w melodię mogącą zafunkcjonować w niemej kreskówce. W finale zaś na stabilnej i w przód podążającej podstawie Jacka Buhla i Jarka Majewskiego, Jakub Królikowski i Piotr Mełech pokerowo manipulowali dychotomiami.
Łatwo takie zakończenie przepalić, przesycając i wulgaryzując poszczególne wejścia, ale dzięki – jak to mawia Leszek Łuszcz – „wstrzymaniu koni”, do uszu wszystko docierało bez zakłóceń. Warunki na sali trajektorii dźwięku nie komplikowały, albowiem słuchających zgromadziło się… czworo, co Piotr Mełech skomentował z uśmiechem: „Pełna równowaga – 4 na 4 – czego więcej chcieć?”.
