…odpadłem z tego świata. Nie wiem zupełnie jak to [Big Water Blues Tales] dystrybuować. Moi synowie mają swoje pomysły, na szczęście jest Maciek Kręc, który też ma jakieś plany, choć krążki generalnie się nie sprzedają. On bardzo dużo zainwestował w tę naszą płytę Brothers & Friends. Zrobił do tego ze trzynaście klipów, objechał całą Polskę, udzielił tysiąca wywiadów: dla telewizji, stacji radiowych, gazet, pojawiały się recenzje, rzecz została bardzo ciepło przyjęta i przy całym tym rozmachu… sprzedał niecałe 200 płyt. Witajcie w erze streamingu. Tempus fugit. Przespałem to w dużej części, a sam płyty wciąż kupuję, bo tak się nauczyłem i album przegrywany czy z pendrive’a mi nie smakuje – muszę to mieć fizycznie. A aplikacja, którą mam w telefonie od trzech dni… Boże, jak ona się nazywa?
Spotify?
Tak! Spotify. Założył mi ją Syn i faktycznie tam jest wszystko: i samolot i lotnisko, ale ona bywa przydatna, na przykład na wsi. Gdybym grał koncerty, sprzedawałbym ten album na koncertach, ale jestem obecnie wyabstrahowany. Dostałem teraz jakieś propozycje od Magdy Piskorczyk, Maciej mnie poprosił żebym zrobił materiał dla kolegi po fachu i zajmuję się nim od tygodnia, choć mam łapę na temblaku i nie powinienem grać. Najpierw moim problemem głównym były połamane palce, potem się okazało, że mam neuropatię, czyli „łokieć gitarzysty”, mam go dodatkowo zmiażdżonego i czasem takie tiki się włączają, a cztery tygodnie temu jeszcze zacząłem chorować. Pomimo tych dolegliwości i mojej, ogólnie złej, formy fizycznej, chciałem Magdę uprzedzić, bo z nią inaczej się pracuje. Ona tak rzuca: a może tak? Może to? Może tamto? Może coś innego? (śmiech). To zupełnie inny styl, tempo i sposób działania – niż ze Śluzą [Przemkiem Ślużyńskim], Maćkiem Kręcem czy ze sobą samym – do którego trudno mi się przyzwyczaić, ale ją bardzo, bardzo lubię i szanuję. Dlatego wolałem mieć to gotowe, gdy się spotkamy i w trakcie nocy usiadłem do nowych pomysłów. Ustawiłem mikrofon o dwudziestej pierwszej i… wstałem z tego stołka o ósmej rano (śmiech).
O rany!
Jestem pierdolnięty totalnie (śmiech) i gdy się obudziłem – a cierpię na swoistą bezsenność, śpię trzy-cztery godziny dziennie – to miałem tę rękę grubości nogi. Po tygodniu poszedłem do mojego kolegi (chirurga) i bałem się, że jest załatwiona na rok albo dłużej – a to jest kwestia mojego „być albo nie być” psychicznego – ale na szczęście okazało się, że za dwa-trzy miesiące powinienem wrócić do siebie, zresztą, już i tak wróciłem.
Dobrze to rozumiem, mam sporo ograniczeń, wrzodziejące zapalenie jelita potęguje męczliwość organizmu i bywa, że mnie odcina na długi czas, jeść mogę mało co. Do tego kłopoty neurologiczne, wynikające z wcześniactwa, szumy uszne, o chronicznym niespaniu też wiem niejedno – to się wszystko różnie i nierzadko poważnie na psychice odkłada. Działam fazami – gdy mam fazę aktywną i się za coś biorę, to robię jakąś tam część zadania do momentu aż nie padnę na twarz, serio. To mi zresztą uświadomiła Żona dosłownie kilka dni temu, bo sam ciągle mam poczucie, że robię zbyt mało. Zupełnie nie potrafię odpoczywać.
Ja też. Wiesz, byłem tak przejechany psychicznie, że zacząłem robić awantury w miejscach publicznych – co mi się nie zdarza – bo jestem człowiekiem łagodnym, ale jak się wkurzę staje się POTWORNY i bardzo ekspresywny. Jestem przegrzeczny i cierpliwy, ale do pewnego momentu i on się skończył. Mnie też odcina ostatnio ze zmęczenia. Niedługo znów ucieknę, a mam dokąd, bo od czasu gdy się widzieliśmy ostatnio wybudowałem się w lesie, są obok jeszcze dwa domostwa, rzadko odwiedzane. Dużo tam wilków, czasem robi się groźnie, jest parę watah (są też mieszańce), a banda żubrów czasem okrąża mój dom. Jest ich ponad trzydzieści i trzeba uważać, żeby w takiego giganta nie wlecieć. W sumie wszystko to samo, co w Bieszczadach, z bonusem w postaci żmij zygzakowatych. Nie ma na szczęście niedźwiedzi, co sprawia, że biorę czołówkę i idę. Miałem śmieszną próbę sił dwa miesiące temu – zobaczyłem mnóstwo śladów wokół domu, samotnika. Albo go wataha wywaliła, albo się oddzielił, żeby stworzyć nową. Masz ciemność przed sobą, jakieś dźwięki nocne dookoła – ja wtedy osiągam spokój – łaziłem z dwie godziny, szykuję się do spania na górze i coś mi wyje pod chatą. Wyrobiłem się w nasłuchiwaniu, bo w Bieszczadach to dochodziło z daleka, a tu jest kilkaset metrów od ciebie. Wiesz, jak one się nawołują, że zaczynają gadać i zbierają się do kupy, bo mają już cel – czyli jelonka albo sarenkę – jak ruszają robi się jazgot, a jeśli dopadną ofiarę zapada cisza. Znam te dźwięki i są mi bliskie, mam tu orkiestrę symfoniczną – wyobraź sobie w nocy kilkadziesiąt lelków, dostajesz takie quadro… Do brzegu – otwieram okno i widzę, że stoi gnojek (śmiech), basior wielki. Lazł za mną, a ja jeszcze przed wejściem do domu spaliłem papierosa, siku zrobiłem, czyli przy okazji zaznaczyłem swoje terytorium (śmiech), a on stwierdził, że to on jest u siebie i zrobił mi koncert. Schodząc na dół trochę się bałem. Jak mnie ktoś pyta, czy mam broń, to mam: na kule gumowe, jakieś tam hukowe, granatolubne i… wszystko trzymam w Poznaniu (śmiech). „Nosisz coś ze sobą?” „Tak, tak – w szafie leży – nie potrzebuję”. Wychodzę do niego – spojrzał. Stwierdził, że jednak niekoniecznie i tak jak kot, bardzo wolno, co parę metrów łeb do góry i sygnał. Miałem szczęście, że tak to się skończyło (śmiech). Takie piękne rzeczy się niekiedy zdarzają. Mam swój kajak i pływam z bobrami, tak odpoczywam, bo w mieście jestem permanentnie nakręcony. Czasem słyszę „super, masz wolny zawód” – gówno prawda – albo pomagam Danie, która jest lekarzem, albo załatwiam sprawy domowe, albo gotuję, albo czyszczę, albo gram, albo wymyślam, piszę teksty, albo je tłumaczę, albo nagrywam nowe kawałki, a że jestem niepijącym alkoholikiem, to MUSZĘ mieć zajęcie, bo co parę miesięcy i tak mam suchy ciąg, wtedy mam ochotę sobie strzelić w łeb.
To może skręcimy w stronę płyty? [Big Water Blues Tales]
Tak, dawaj!
Wiesz, od początkowych chwil pierwszego numeru miałem poczucie obcowania z wybuchem kreatywności, połączonym ze spokojem i delikatnym uśmiechem, które łącznie poskutkowały utwierdzoną pewnością swego. Jakbyś zupełnie pozbył się ciśnienia terminowego czy stylistycznego, czyli głosu wiedzy z tyłu głowy o tym co się zwykle „powinno spodobać”. To bardzo artystyczno-centryczny album i jest w nim sporo powagi. A radość – nieproszona – i tak się przebija. Co na osiągnięcie takiego stanu i rezultatu wpłynęło w głównym stopniu?
Zarówno Blues Tales jak i poprzednią płytę zrobiłem wyłącznie dla samego faktu nagrania piosenek i uczucia frajdy z tego płynącej, ponieważ już od dawna nie żyłem z grania. Nie wiem, skąd są pomysły, ale na 100% wiem jedno – wcześniej byłem człowiekiem z ciasno ściśniętym hełmem na głowie i to się zmieniło odkąd (choć zdarzają się wpadki) nie piję. Zrozumiałem jak bardzo alkohol i stres mnie przytłaczał, a obecnie odwróciły się proporcje – tak jak przez kilkanaście (a może kilkadziesiąt?) lat nie zagrałem bez wspomagania, tak teraz nie potrafiłbym zagrać pod wpływem jakichkolwiek substancji. Samo przyszło: wstajesz, chwytasz któryś z instrumentów i przychodzi ci to z lekkością, łatwością, naturalnością i bez żadnej autocenzury. Oczywiście, czasem stwierdzam czy to jest przyzwoicie zagrane czy też nie, a zwracam na to uwagę głównie ze względu na rękę. Spojrzałem niedawno na nią i powiedziałem sobie: „dobra, ale przecież mam jeszcze ten palec i ten” – więc w razie czego biorę slide i gram inaczej. Czasami ta łapa chce pracować, czasami nie. Co jeszcze zabawne w tym kontekście – głównym motywem graficznym wydawnictwa jest plektrum, a na płycie… ani jeden dźwięk nie został zagrany kostką (śmiech).
A to granie bez kostki weszło ci w krew? Gerry Jablonski, który wrócił do elektrycznego grania po siedmiu latach solowych występów w akustycznej formule, kostki już nie tyka – nie umiał się przestawić.
Wiesz co, ja muszę potrafić, bo jest mowa o zagraniu jednego czy dwóch obiecanych koncertów z Boogie Chilli i tam się gra kostką. Myśmy stworzyli wyrazisty i charakterystyczny styl, trochę punk-bluesowy. Mnóstwo brudu, hałasu, trzasków – chciałem coś uporządkować, ale tego się nie da zrobić…
…ten zespół nie był nigdy uporządkowany.
Właśnie. Nie był. Ludzie doceniali te koncerty, mieliśmy wiernych fanów. Były takie miasta jak Gdynia, Gdańsk, gdzie moglibyśmy grać kilka dni z rzędu i za każdym razem klub byłby nabity. Przez 10 lat graliśmy do kupy kilkanaście utworów i wciąż – z powodu swoistej dezynwoltury, sklerozy, ilości procentów we krwi, mieszanki nastrojów i skoków ciśnienia – każdy z tych numerów szedł w innym tempie i aranżu. Nie było żadnych zasad, co uświadomiłem sobie ostatecznie miesiąc temu, bo mieliśmy zagrać koncert teraz, przed tym moim wypadkiem i mówię do Siemienasa: „Jachu, chodź, przypomnimy sobie”. Wziąłem kostkę, zaczynamy i nagle: „a co Ty tam grasz? A co ja tam gram?”. Po trzech próbach stwierdziliśmy, że to nie ma sensu. Dobrze jest wiedzieć w jakiej tonacji siedzimy, jeśli jakieś interpunkcje czy breaki są potrzebne, to warto je sobie uświadomić, ale zapanować się nad tym nie da. A przy najnowszym albumie jestem sam, faktycznie nikt mi nic nie mówi. Poprosiłem Kubę Majerczyka, z którym grałem w Medical Morning, świrowaliśmy przez dwa lata na dwa zestawy perkusyjne, kontrabas elektryczny i dwie gitary z Bąblem [Maciej Pruchniewicz]. Kuba gra w tej chwili z Cree, jest też doskonałym sidemanem – zaczynał od Tie Breaku i uczył się od najlepszych. Fajnie, że się zgodził, że był w nastroju (a z tym też różnie bywa) fajnie, że się Kubiak [Andrzej] zgodził, bo chciałem zrobić taki most, a nie miałem z nim łączności przez wiele lat. Dwa kawałki z Kubiakiem są zagrane prawie live, na jedną gitarę, nawet solówki nie bardzo i on ma ten swój shuffle – do tego jest perfect, bez względu na… Wiesz, wielu ludzi jest trudnych – sam się za takiego mam i inni to zapewne potwierdzą (śmiech) – ale czy ja spotkałem łatwego perkusistę? To chyba musielibyśmy zrobić BARDZO osobne spotkanie (śmiech). Takie mam doświadczenia – są to skomplikowani ludzie, ale potrafią być świetnymi muzykami. W między czasie miałem parę przygód, że zapraszałem na tę produkcję – nie powiem kogo – ale byliśmy konkretnie (co do dnia) poumawiani i dostawałem taką zemstę konia nad traktorem (śmiech). Bo wiesz jak położyłem swoje trzy zespoły? Nie dojeżdżając na koncerty, gdy oni już byli w drodze. Zrobiłem tak i z Boogie Chilli i z Hot Water i z Szopińskim [Bartkiem]. Jeden z muzyków zrobił mi podobne kuku. Gadam dużo, na okrągło i około, ale chcę od serca ci to przekazać, bo wiem, że ciebie to naprawdę interesuje… Ja sam byłem zaskoczony jak można być kreatywnym bez względu na postępujący wiek. Ta płyta zrobiła się sama i ten stan nadal trwa. Jak wspomniałem, Maciej mi wrzucił kolejny temat dwa tygodnie temu, to są takie jazzowo-swingowo-bluesowe rzeczy, choć jazz to złe słowo – bo ja nie umiem grać jazzu – ale mam fajne instrumenty, które dają takie wrażenie. No i wiem, co to swing blues. A przed spotkaniem z tobą dokończyłem ósmy kawałek, nienajgorszy wynik jak na osiem dni…
Żartujesz…
Zrobiłbym więcej, ale kazali mi wyłączyć komputer i iść na spacer – i tak robię.
Mówisz, że numery zrobiły się same i, że utwory z Andrzejem Kubiakiem były niemal na żywca realizowane, ale tutaj wiele rzeczy jest pieczołowicie dopracowanych. Cała paleta podejść, choćby do samego głosu: raz ten śpiew jest kroczący, osadzony, raz melodyjny, raz krzyczany, raz czysty, raz chropowaty, bliżej czy dalej od mikrofonu, z efektami bądź bez, a jeszcze do tego ścieżek bywa sporo i te dodatkowe wokale są cicho i czujnie dawkowane. To samo gitarami – feeria brzmień i metod, plus udział gości: Agnieszki [Kowalczyk] elektryczna wiolonczela, raz ostra i brudna, raz liryczna, piano, Hammond… Jak przy takiej rozpiętości aranżacyjnej udało się utrzymać walory czysto energetyczne? To jest przecież bardzo trudne, zwykle przy takiej pracy ogień gaśnie. Są tu jakieś numery grane w większości na setkę?
Brzmi to bardzo miło. Pomyślałem sobie, żeby następną płytę zrobił producent (może zagraniczny?), któremu bym zaufał, żeby mną pokierował, bo samego siebie mam lekki przesyt. Na tym albumie są utwory oszczędnie grane – jak Levender choćby – gdzie masz tylko podkład na D i slide. Na Silly Blues jest jedna gitara, a z miłości do Siemienasa poprosiłem go, żeby zagrał solówkę na Dirty Dog, gdyby jej nie było, wyszedłby ascetyczny aranż. Są też takie kompozycje – Śluza to dobrze określił – które mają coś z brytyjskiej, punkowej, sceny. Mówię o Johnnie and Annie, którego bardzo lubię, zresztą z tym numerem było śmiesznie, to takie dziecięce. Robiłem go na Stratocasterze w pokoju obok, czyli: postawiłem piec jeden, drugi, trzeci, przekablowałem, wrzuciłem do swojego środkowego pokoju, no i nagrałem tę partię. Myślę sobie „jest fajnie”. Poszedłem do Śluzy, posłuchałem na innych kolumnach… „Jasna dupa, jakie to cieniutkie, a przecież gitara dobra… Coś schrzaniłem. Wiesz co, Przemo? Pacnę jeszcze jedną, zrobimy dubla, wywalimy tamtą, a damy tę nową”. Wziąłem innego Strata, a kupiłem Claptona i mówię: „nagram to na Clapie, on ma fajny booster, który to pociągnie i nasyci”. Zrobiliśmy. „No, to teraz gada”. Przyjechał Majerczyk, słucha i komentuje: „Co te gitary takie cienkie? Ja tutaj walę jak Bonham, Śluza jak nawiedzony szarpie tego swojego Precla…” Dygresja – pod tym względem Przemo jest niesamowity. Wszystko nagrał na swoim starym Squierze, a miał do dyspozycji każdy bas Maćka Kręca, a ma ich naprawdę sporo i to najlepszych jakie możesz sobie wyobrazić: jazz bassy, rickenbackery… No rzucaj nazwami stary, wątpię żeby czegoś tam nie było. Co odpowiadał? „Nieee – gram na tym” (śmiech). A wracając do tej uwagi Kuby – wziąłem Gibsona SG: „to nagram na tym, ale zostawcie mi tę wcześniejszą ścieżkę żebym się nie kropnął, bo nie pamiętam gdzie robię pauzy”. Poszło i nagle: „no, ale to szkoda teraz wyrzucać tamte, bo coś się zaczyna kleić”. Łącznie są chyba cztery tracki, tylko prosiłem Przema, żeby tego nie rozwarstwiał, by brzmiało jak jedna. Nie chciałem takiego zupełnie gibsonowskiego brzmienia ani typu ES 335, ani jak SG. Nie wiedziałem jak to ugryźć, ale w końcu mi się spodobało przez te – przepraszam za wyrażenie – obsrane Stratocastery, bo ściągnąłem wszystkie boostery, zagrałem na czysto z lekkim przesterem z pieca i bardzo delikatnym drivem. One zrobiły taki… bajzel (śmiech), że buchnęliśmy śmiechem ostatecznie. Każdy łupie swoje, trochę nie wiadomo, o co chodzi, jest sporo szumu, pasujący tekst i zostało… à propos śpiewania dobry będzie New Yorker…
…którego odrzucam. Dla mnie tego utworu nie ma na płycie (śmiech).
A dla mnie to była taka zabawa! Najbardziej optymistyczna piosenka, jaką zdarzyło mi się zrobić. Przypomniałem sobie, że umiem śpiewać, o czym na ogół zapominam, bo się przyzwyczaiłem do krzyku, a krzyczałem dlatego, że nie słyszałem się dobrze i przez resztę trzeba się było przebić, albo przez wstyd wchodziłem w melorecytację. Wiele lat wstydziłem się śpiewać, a potrafię jak Połomski (śmiech).
(śmiech) No dobrze, teraz będę potrzebował listę utworów. Zobacz, mamy pierwsze trzy kawałki, każdy jest inny konstrukcyjnie czy w zakresie temp i feelingu, ale wszystkie trzymają energetycznie wysoki poziom…
Mhm.
Potem Silly Blues pełni rolę pierwszego zejścia z wykreowanego wolumenu, Blues Nova ten spokój podtrzymuje, wchodzimy w rewir akustycznego grania po raz pierwszy. Po nich mamy Johnnie and Annie i Rattlesnake, które przywracają moc pierwszych trzech kompozycji, ale robią to w zupełnie inny sposób. Nie ma, tak częstego, wrażenia łażenia tymi samymi ścieżkami.
OK.
Kiedy znów wracamy do utworów spokojniejszych, to Levender nie jest podobny do Blues Novej, Package do Silly Bluesa, a przy Country Boogie mam nieodpartą chęć… dokonania rabunku. Nie wiem dlaczego! Widzę oczyma wyobraźni siebie, gdy wpadam na pole i jakiemuś rolnikowi kradnę kilka kilo warzyw i zwiewam…
[głośny śmiech] Rozumiem. [ciągły śmiech]
Generalnie w tej części płyty wraz z charkotem schodzi powaga, która wraca wraz z Last, on, owszem, jest konkretny, ale nie idzie w stronę tych mocarnych czadów. Jak ustaliliśmy New Yorkera nie ma, a Stones in my Passway… Last istotnie jest jakimś zakończeniem. A Stones… ma w sobie coś z nowego otwarcia i – abstrahując od tekstu, który jest serio ponury – to ta interpretacja sprawia, że odbieram go nastrojowo, niczym pewne spojrzenie przed siebie, acz bez złudzeń. Zatem, ile w tym było intelektualnej, dramaturgicznej, roboty? Ta różnorodność to jakiś cel, u zarania prac nad płytą założony, czy po prostu jesteś… różny? Wiesz… mi się zdarzyło dwa razy układać kolejność na płytach, mam do tego ciągoty, ale muszę z bólem przyznać, że tak dobrze bym chyba tego nie ułożył (śmiech).
Jestem różny, tak. Chcesz ode mnie szczerości i braku dorabiania do efektu końcowego teorii, nie mającej z praktyką związku więc… Każdy temat, który mi do łba wpada co dnia czy poranka, jest taki jaki jest i takim go biorę. Nie miałem żadnego zamysłu. Nawet ta kolejność, gdy przyszło do jej ustawiania, to najpierw dałem ją Przemkowi i powiedziałem: „Napisz jak chcesz”, odpowiedział, że nie wie. Potem dałem Maćkowi Kręcowi, mówię: „Maciek, wybierz”, a Maciej przyznał, że sam też do końca nie wie, jak się do tego zabrać. W końcu usiadłem, zrobiłem to w jedną minutę – mniej więcej tak jak miałem pierwotnie napisane na kartce – „a tak, tak, tak, tak, tak i tyle”. Jakkolwiek bym tego nie zrobił, pojawiłyby się skoki takie czy owakie, bo to są różne opowieści, którym – na szczęście – moim głosem, grą i realizacją Przemysława udało się nadać jakiś wspólny mianownik. Nie ma tu wielkich przemyśleń. Nie spadła przy tym ani kropla potu. Może to też kwestia okoliczności pisania tych utworów? Jeśli się nie męczysz pisząc, wymyślając czy nagrywając… Chodzi o pewną wolność. Powiedziałem Kubie Majerczykowi: „Graj jak uważasz stary – ja ci ufam i łykam, co mi dasz. Chcę, żebyś był sobą i nie będę ci niczego sugerował”. Natomiast w Hot Water było zupełnie inaczej, robiliśmy dziesiątki prób, pisałem wszystkie kompozycje, a kiedy przychodziło już do nagrywania, to o miksach w znacznej mierze decydował Darek Nowicki (perkusista), który swojemu instrumentowi najpierw poświęcał wiele godzin… Nie mówię tego teraz przez złośliwość czy inne pejoratywne uczucia, tylko by zaakcentować pewną różnicę, bo zdałem sobie sprawę z tego, że tak bardzo – dla mnie aż za bardzo – brał sprawy w swoje ręce, że ja w pewnym momencie traciłem kontrolę nad własnymi piosenkami. Postawmy sprawy jasno – Daras jest fachowcem: potrafi zagrać, zmiksować i ma na to swoją wizję, która często rozmijała się z moją. W efekcie coś powstawało siłą kompromisu, zespół tego wymagał, a byliśmy nim. To, co zrobiliśmy na samym końcu, czyli skład z Maćkiem Zdanowiczem na gitarze i Piotrem Tarnawskim na basie, Przemek słusznie określił mianem „projekt Hot Water”, to już zespół nie był i dlatego się ostatecznie wywróciłem. Bo jestem facetem, który ma antenki. To jest mój plus i minus, rozumiesz to, bo wrażliwy z ciebie człowiek. Plusem jest to, że jesteś czujny, otwarty, na pewne sprawy wyczulony, przewidujący, czasem wyprzedzasz dzięki temu nadchodzącą tragedię czy skutecznie unikasz jakiegoś zderzenia… A minusem, że potem to odchorowujesz i często to odchorowywanie trwa i trwa. Nie mniej, finał tego ostatniego składu Hot Water był niezwykły. Dwa razy supportowaliśmy Vapors of Morphine w Poznaniu i Warszawie. Wiesz, że byłem totalnie zwariowany na punkcie Morfiny… wypadli rewelacyjnie. Po pierwszym występie zapukali nam do drzwi, weszli z winem i ginem, żeby nam podziękować. Nagadałem się z Colleyem, poznałem go, wymieniliśmy adresy i do tej pory jesteśmy w kontakcie. On jest po bostońskiej ASP, wysłałem mu całego Beksińskiego, a pewnego dnia bezczelnie napisałem: „mam taki stary utwór – Overdrunk Love – chciałbym żebyś posłuchał”, posłałem WeTransferem. Dzień później… dostałem od niego tracki saksofonu. Zrobił to sam z siebie, nawet go nie prosiłem, są tam dwa saksy plus solówka. To są miłe chwile w tej robocie… Dla nich warto się starać.
Jak tu przejść dalej? Było o śpiewaniu, produkcji, dramaturgii, sprawach trudnych i cudnych… Mam tu coś w gitarach intrygującego – solówka w drugim numerze jest niebanalna. Śmierdzi mi trochę Gretschem i ciekawi co tam sobie nacisnąłeś…
Co to drugi numer? Pokaż… a, Thin Line! A to nie był Gretsch, tylko Epiphone. Mam taki model Sheraton, sygnowany Gibsonem, moja ulubiona czterdziestoletnia maszyna. Grałem palcami i absolutnie nic tam sobie nie wcisnąłem (śmiech), Hooker na takiej grał w swoim czasie. Wpiąłem ją w bardzo maleńki piecyk, czyli Peavy Classic i ten efekt, o który posądziłeś podłogę, pochodzi właśnie z paczki, włączyłem sobie lekki drive. Śluza mi też zwrócił uwagę, że to trochę zappowskie solo – coś wymyślam, kombinuję, tam się potknę, tu przepchnę, trochę pustych dźwięków, sprzężenie, jakiś splot i właśnie w chwili, gdy wydaje ci się, że wypieprzasz się na pysk, to nagle wracam do pionu.
Z Przemkiem też muszę pogadać o tej płycie, bardzo cenię jego uwagi…
Śluza to najbardziej wyluzowany basista. Dochodzimy do największego paradoksu tej płyty – bo my nie kolegowaliśmy się z Przemem wcześniej, Ślużyński przez paręnaście lat był człowiekiem, którego znieść nie mogłem. Jego dowcipy, cynizm, introwertyzm, zamknięcie i szorstkość, powodowały, że byłem nim przerażony. Czym częściej spotykaliśmy się w studiu, tym bardziej to się zaczęło zmieniać. A zanim jeszcze doszło do nagrania płyty Brothers & Friends z Maćkiem, okazało się, że cokolwiek mi się działo ze sprzętem, cokolwiek zapomniałem – bo jestem kretyn i nie umiem nad tym zapanować, to to wszystko i tak było u niego. Rok temu kupiłem też nowy sprzęt, właśnie Przemo mnie na to namówił: nowy interfejs, komputer, tam też będzie Reaper do nagrywania zainstalowany, bo ja cały czas na Pro Toolsie pracowałem, na zasadzie: odtąd dotąd, coś tam wyciąć, wcisnąć „record”, zrobić fade out i tyle. Ten cały starszy sprzęt ma z kolei dwadzieścia dwa lata. Oni się łapią za głowę, że jak to możliwe, że to działa, a ja się uśmiechnąłem i powiedziałem: „Panowie – to jest siła ortodoksji – nie podpiąłem go do sieci”. (śmiech) Dlatego to żyje. Wracając do Przemka – to było zanim jeszcze zaczęliśmy grać razem, w momentach gdy miałem najtrudniejszy okres. Wówczas wśród wielu znajomych opuścił mnie też Wiki – zmarł. Mój największy przyjaciel, za którym nieustannie tęsknię… Nie mogę go odżałować. Tak samo jak z Dybulem i Beatą, odeszli bardzo ważni dla mnie ludzie. W tym wszystkim okazało się, że Przemo, pomimo tych cech, które wspomniałem, ma tak dobre serce… „Potrzebujesz? Jadę”. Kiedy leżałem rozbity, on zaczął do mnie przyjeżdżać i wysłuchiwać moich blebrów, Nie musiał tego robić, nie wiem skąd mu się to wzięło. Tak dobry, serdeczny, chętny do pomocy człowiek… Nawet niedawno znów to wyszło. Zadzwonił Andrzej Kubiak, zapytał czy w jakiejś galerii jego znajomego jogina nie mógłbym zagrać. Przekręciłem do Przemka i mówię: „Słuchaj, jest sprawa…” Odpowiedź? „Oczywiście, jadę”. Taki jest Przemek.
Osoba Przemka to dobry pomost, żeby przejść do historii z wokalem w Last. Zamarkowałeś mi ją przez telefon i obiecałeś rozwinąć. To jak z tym było?
To jest historia z kosmosu, ale przez to mam kolejnego przesympatycznego i zdolnego człowieka, który też nie jest łatwy, choć wobec mnie jest szarmancki, miły i pomocny – pomógł mi dokończyć dwa teksty. Wszystkim gościom starałem się podziękować albo finansowo, albo w inny sposób, którego sobie zażyczyli… A ten młody i bezczelny (śmiech) Ślużyński, lat dwadzieścia parę, mnie naprawdę zaskoczył. Czegoś takiego jeszcze nie przerabiałem – pytam: „Jak ci się mogę odwdzięczyć Michał?”. A on – i to jest piękno młodości – jak James Dean: „Przeciwko czemu się buntujesz? What you’ve got?” Patrząc mi prosto w oczy: „Najbardziej mi się odwdzięczysz jak mi pozwolisz zaśpiewać tę piosenkę”. Kopara mi opadła, myślałem, że zwariował. Po pierwsze – on ma głos dwa razy niższy niż ja i mógłby z powodzeniem śpiewać w operze, taki ma aparat, taką ma przeponę, po prostu ma. Immanentnie, prawdopodobnie od urodzenia, nie ćwicząc. I kontynuuje: „Naucz mnie śpiewać bluesa, bo tak to robisz świetnie, znajdź dla mnie chwilę czasu”. Mówię: „Jak mam cię nauczyć? W dwa dni?! Ja się tego całe życie uczę i jeszcze nie umiem!” No, ale w porządku, przyszedł do mnie jednego dnia – śpiewamy. Dałem mu takie prostolinijne porady, powiedziałem, czego ma słuchać, żeby poluzował, troszkę innych uwag. Na trzecim spotkaniu mówię wprost: „Michał, dobra, ale musimy to zrobić po męsku – daję ci jeszcze dwa podejścia. Jak wyjdzie to zostaje, jak nie wyjdzie – sorry Winnetou. Musimy się tak umówić, bo inaczej będzie kicha”. Zgoda. Przyszedł, coś próbował, brzmiało to co najmniej dziwnie, niczym połączenie Bernarda Ładysza z Leonardem Cohenem i Jackiem Kaczmarskim…
No faktycznie, miks osobliwy (śmiech).
To tak jak ktoś powiedział: „Jaki jest szczyt nieporozumienia? Japońska orkiestra symfoniczna grająca Pendereckiego” i coś z tego ducha w tym wykonaniu było.
W 2018 roku jedna z takich orkiestr, właśnie japońskich, odmówiła wykonania Trenu na festiwalu z okazji urodzin Profesora „bo instrumenty się niszczą” (śmiech), wszystko pasuje.
No proszę… Wracając do naszego młodego człowieka, powiedziałem: „Michał, to się nie uda”. Pamiętam, że kończyliśmy już całą robotę, zaśpiewałem ten tekst i akurat Michał przypadkiem odwiedził rodziców i mówi: „O, jesteście w studiu” – patrzy na mnie i na Przema: „Czy ja mogę jeszcze jeden raz, ostatni, spróbować?”. Śluza patrzy na mnie, bo wie, że jakiś wpływ na Michała mam, ale zostawia decyzję całkowicie w moich rękach… „Dobrze, jeden raz, ale robimy to po mojemu. Michał, wchodzę i śpiewam ten numer, nagrywam go. Jak to zrobię, to ty wchodzisz i słysząc mój wokal śpiewasz tak, jakbyśmy wykonywali to razem”. Wlazł. Wyszedł po tych niecałych pięciu minutach, wyciszyliśmy mój głos i… znowu był wybuch śmiechu. Oczywiście nie mogłem się przyzwyczaić, no bo to nie mój wokal, ale zaśpiewał to nieźle. Co jeszcze zabawniejsze, gdy puściłem to Maćkowi Kręcowi, to za pierwszym razem nie załapał, że to inny głos! A potem powiedział, że brzmi jak ja kiedy miałem dwadzieścia lat… i tak zostało. Tak jak obiecałem, tak poszło i OK. Zdolny człowiek, intelektualnie ma olbrzymi potencjał, jest mądry i wrażliwy. Zaskoczył mnie talentem i tym, że w życiu tego nie robił, a odrzucił wszystkie swoje manieryzmy w ciągu tych czterech i pół minuty. Ja bym czegoś takiego się nie podjął, bo bym się bał. Miałbym tremę. A on w tej swojej przesłodkiej bezczelności to zrobił. Uwielbiam być zaskakiwany i potrzebuję takich inspiracji, bo sam się bardzo męczę we własnym towarzystwie, a tu jest taki element przypominania, pokazywania czegoś…
Odnośnie nowych inspiracji – w poprzedniej naszej rozmowie powiedziałeś, że chcesz się nauczyć improwizacji jazzowej. Wziąłeś się za to? Zagrałeś coś w zupełnie nowy sposób na tej płycie?
W tym materiale nie, ale chcę kupić taką typowo jazzową gitarę ES 175. Mam na testy Gretscha Setzera i Gibsona ES 335 od Maćka, on teraz bardzo inwestuje w sprzęt i dobrze robi, bo złotówka gówno warta, kupił też gitarę National. Oni produkują gitary rezofoniczne (od chyba 1920 roku) mają też serię gitar elektrycznych, jazzowych i jemu udało się nabyć maszynę z 1956 roku, która korpus ma właśnie od ES 175 – bo oni wtedy łączyli siły – czekaj puszczę ci i pokaże.
Przedziwny sound – nie wiem dlaczego, ale od razu się dobrze poczułem przy niej, bardzo szczery instrument. Nie spotkałem się z taką gitarą ani z tym, żebyś tak grał.
Jest niesamowita, trochę słychać ją z pudła, trochę z przystawki. Powinna kosztować z czterdzieści-pięćdziesiąt tysięcy. No i widzisz tak gram, ni z gruszki ni z pietruszki.
Wiesz co, od tego przyjemnego uczucia przypomniał mi się pewien fragment z autobiografii B.B. Kinga:
Złości mnie, że uczeni wiążą bluesa jedynie z tragedią. Jak byłem mały, blues oznaczał nadzieję, ekscytację, czyste emocje. W bluesie chodziło o uczucia. Oni [Blind Lemon i Lonnie] wydobywali na wierzch swoje uczucia i wydobywali też moje, gdy byłem dzieckiem. Sprawiali, że miałem ochotę ruszać się albo śpiewać albo wziąć gitarę Pastora i dojść do tego, jak wydobyć te cudowne dźwięki. Blind Lemon i Lonnie oddziaływali na mnie najmocniej. Dlatego, że ich głosy były takie wyraźne, naturalne i przekonujące. Słyszałem jak do mnie mówią. Nie byli zbyt wyrafinowanymi gitarzystami. Ich gitary były podłączone do uczuć, dokładnie tak jak ich głosy. Uczeni lubią też mówić o bluesmenach z Delty, jak to wpływali na siebie wzajemnie. Dzielą bluesa wg różnych odcinków Mississippi i mówią, że każdy region wydał z siebie konkretny styl. Cóż, jako chłopak z Delty oświadczam, że moi dwaj najwięksi idole – goście, których chciałem naśladować – pochodzili z rejonów dalekich od Mississippi. Blind Lemon z Dallas i Lonnie z Luizjany. Później poznałem takich bluesmenow z Delty jak Robert Johnson czy Elmore James i Muddy Waters. Lubiłem ich wszystkich ale nikt tak nie ukształtował mojego muzycznego stylu jak Blind Lemon i Lonnie.
(B.B. King, Blues All Around Me – The Autobiography, s. 23/24, tłum. Magdalena Geming)
Tu jest kilka ciekawych rzeczy – ten stan ekscytacji, o którym mówi B.B. dobrze rozumiem, cała zaś wypowiedź ustawia muzykę w centrum uwagi, co jest mi szczególnie bliskie. Bierze pod włos pewne uproszczenia, a indywidualna relacja z dźwiękiem jest arcy-mocno podkreślona. B.B. nie narzuca też kształtu odbioru. A Ty co myślisz o tych słowach? Jak się w nich odnajdujesz?
Mnie też takie proste łączenie bluesa z tragedią denerwuje. Na tej płycie są czyste bluesy, jak Dirty Dog, ale na przykład w Silly Blues robię sobie jaja z tego jak się zabawię, kiedy dziewczyna odejdzie. Oczywiście, że są pewne utarte tematy, które w klasycznym bluesie się pojawiają. A wzięło się to stąd, że śpiewy na plantacji dotyczyły utyskiwania i żalu, a druga część tematycznie toczyła się wokół apoteozy życia: cieszymy się, mamy kobiety, pijemy whiskey… ale ten czarny blues rozszedł się na cały świat. Każdy z nim potem robił, co chciał. Rozmawiałem dziś z Janem Chojnackim i powiedziałem, że bardzo lubię biały, czarny, zielony i czerwony odcień bluesa. Hendrix wymyślił tysiąc pięknych rzeczy, gdy słucham Setzera to jestem wbity w fotel, cieszę się słuchając B.B. Kinga, spadam z krzesła słuchając Steviego Ray Vaughana, a widząc Claptona raduje mnie, że wszystko jest przede mną. Są różne sztampy i stereotypy, bo ludzie mają tendencję do szufladowania. Pierwsze dwie płyty Hot Water wydał Polton zamieniający się w Warnera. Trzecia miała innego wydawcę i była cała po polsku… To była dobra płyta. Dobre koncerty graliśmy, jeszcze z Dzidzią [Marcin Zabrocki] na saksie, mieliśmy po 30 lat. A kiedy ją wysłaliśmy – między innymi do Trójki – żeby coś z nią promocyjnie robić, to dostaliśmy odpowiedzi w takim oto stylu: „Gracie Panowie muzykę niesformatowaną, ani to puścić w muzie dla młodych, ani dla starych”. Takich „komentarzy” wysłuchiwałem przez całe życie i dlatego teraz mam KOMPLETNIE WYJECHANE, robiąc takie płyty jak ta, która ci się podoba. Jeśli ktokolwiek mnie ocenia negatywnie, to jest to jego sprawa, jeśli komuś się to podoba – niezwykle się cieszę i rozsądnie biorę to jako dobre przesłanie czy dobrą monetę, ale bez skakania pod sufit. Raczej sygnał, że cała para nie poszła w gwizdek. Rzeczywiście, fajnie byłoby sprzedać z pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt tych płyt – bo jest się czym dzielić i dobrze, żeby ludzie to usłyszeli – ale jeśli się z tym nic nie stanie, to nagram (mam nadzieję) następnych dwadzieścia i postaram się tym nie stresować, a najmniej graniem. Granie dało mi najwięcej szczęścia w moim życiu – oprócz też kobiet – ale i wpędziło w paskudną chorobę. A teraz odkrywam to na nowo. Doceniam doświadczonych, starych, muzyków, którzy grają do skutku. Do końca nie odcinając kuponów i nie udając, że potrafią lub nie potrafią czegoś zagrać. Odpuściłem sobie całą oprawę czy nadbudowę, bo to jest moje. Na to mam ochotę i tylko dlatego to robię. Zapłaciliśmy za to z Przemysławem, na finiszu pomógł nam jeszcze Maciek, dlaczego? Bo taki mieliśmy kaprys. Do kurwy nędzy, po to jest życie, żeby spełniać swoje marzenia i robić to spokojnie. Coś ci jeszcze powiem. Kuba Majerczyk narzekał, że by to zupełnie inaczej zmiksował. Powiedziałem mu: „Kuba – to zrób to. Ja w 2025 roku chcę nagrać inną płytę, rok wcześniej inną, a później też inną, jeśli masz wizję, masz tu wszystkie tracki. Bierz to i rób co chcesz, jak będzie OK – to proszę bardzo, a jeśli nie, to ci najwyżej powiem”. Powiedział, że nie ma czasu (śmiech). Finito allegretto.
Rozmowa odbyła się 28.VI.2023 w poznańskiej kawiarni Punkt Kawa.
Fragment fotografii pochodzi z mediów społecznościowych artysty.
