ŻADNEJ SOLÓWKI (rozmowa z Wojciechem Waglewskim)

Cześć!

Jeden z niedawnych wpisów zakończyłem następująco: Ta przygoda nie skończyła się też zaraz po włączeniu reflektorów, jednak o tym opowiem Ci innym razem – nadszedł czas na ciąg dalszy! Zapraszam Cię więc do wysłuchania lub przeczytania tej bardzo ważnej dla mnie rozmowy.

WERSJA AUDIO

Wywiad z Wojciechem Waglewskim 15-01-2016, Eskulap Poznań

kilkadziesiąt minut po koncercie grupy Waglewski Fisz Emade…

PROBLEM NAGŁOŚNIENIA

Maciej Geming (dalej jako WMIG): Zacznę od tego, że wszystkie grupy – poza Voo Voo i teraz poza tym projektem [Waglewski, Fisz, Emade] – w tym miejscu, jeśli chodzi o nagłośnienie, zabrzmiały fatalnie. Były to zarówno grupy z zachodu, tak jak Nazareth, jak i polskie w rodzaju Kultu, KaeNŻetu, Lao Che, Armii – na przestrzeni ostatnich 10 lat. Z drugiej strony widziałem taką sytuację w Dziewięciu Stopach [ACKiS 9 stóp], gdzie grało Voo Voo w Poznaniu, że Mateusz Pospieszalski podszedł do mikrofonu – do pańskiego mikrofonu – i powiedział do technicznego tak: jak Wojtek zobaczy, że tak ma [ustawiony mikrofon], to będzie niezadowolony. I techniczny z taką prędkością podbiegł do sceny i to poprawił, że ja czegoś takiego dawno nie widziałem. Chciałem zapytać skąd u pana ta dbałość o kwestie nagłośnieniowe, bo to jest ewenement, uważam, nie tylko u nas.

Wojciech Waglewski (dalej jako WW): No, po pierwsze dzięki. Ja muszę to Krzysiowi, który nas nagłaśnia, przekazać. Bo nagłaśnianie koncertów, to jest najmniej wdzięczna praca. 90% miejsc w których gramy to nie są kluby do grania. Nikt budując te kluby nie myślał o tym, że to ma jakoś brzmieć – i zrobić z tego muzykę jest bardzo ciężko. Jedyną metodą jest właśnie pełna współpraca z człowiekiem, który nagłaśnia – na zasadzie pełnego zaufania. Jeśli on mówi, że trzeba zagrać ciszej – to trzeba zagrać ciszej. A nie jest łatwo grać muzykę rockową cicho, ponieważ gitary odzywają się i naprawdę brzmią przy pełnej mocy. Więc to jest jakiś kompromis, ale nie ma innego wyjścia. Eskulap, w którym jesteśmy dzisiaj, jest właśnie  klubem strasznie trudnym do nagłośnienia. I na przykład jak ostatnio graliśmy tutaj z WueFE  – czyli to było, nie wiem, rok czy dwa lata temu – to dostaliśmy straszne bącki z tego powodu. Ale gramy dużo, więc metodą prób i błędów już takie sale opanowaliśmy, już je znamy. Są też nowe miejsca, budowane z jakichś pieniędzy unijnych – albo jakieś domy kultury, które dbają o to, żeby odpowiednio wytłumić salę. Gramy też czasem w klubach, gdzie nas pytają co zrobić, żeby to brzmiało lepiej. I to jest fajne, bo czasem przyjeżdżamy za rok i okazuje się, że wytłumili gdzieś tam z góry, gdzieś ten beton zasłonili. Ale generalnie to jest bardzo ciężko i tak jak mówię – ci nagłaśniacze biedni, którzy tu stają na głowie, zawsze są ochrzaniani, zawsze jest tak, że „Jezu, w ogóle fatalne nagłośnienie”. I nie nam się dostaje, że źle zagrane, tylko zawsze to wszystko na barki biednego Krzyśka. Więc miło, przekażę mu.

WMIG: To samo mógłbym powiedzieć o Zamku, ale powiedzmy, że temat mamy wyczerpany. To teraz chciałbym o taką fundamentalną rzecz zapytać. Tu się posłużę nawet pewnym cytatem z literatury – wydaje mi się, że dobrze odda jakby pewien powiedzmy mój nastrój…

WW: Acha, chciałbym jeszcze tylko uzupełnić tę wypowiedź, bo pytał pan skąd ta dbałość. My musimy być dobrze nagłośnieni, bo my musimy się dobrze słyszeć – ponieważ my improwizujemy. Warunkiem funkcjonowania zespołu Voo Voo – WueFE też, choć trochę mniej – jest to, że my dobrze słyszymy co gramy. W momencie, w którym gdzieś w tym nagłośnieniu jest popełniony błąd, to nasze błędy się multiplikują i to jest niedobre. Może to egoistyczne w odniesieniu do publiczności – bo my tak naprawdę nie wiemy co publiczność słyszy – ale to jest myślenie o tym, żebyśmy się dobrze słyszeli, żebyśmy mogli z tego coś zbudować.

WMIG: To ja mogę powiedzieć, że wśród czterech koncertów, które widziałem na trasie „Dobrego wieczoru”, nie było ani jednego, o którym mógłbym powiedzieć, że był nagłośniony źle. I to mówię nie dlatego, że teraz się spotykamy, tylko w każdej chwili to mogę potwierdzić.

WW: Super. Wszystko mu przekażę.

WARTOŚĆ SŁÓW

WMIG: To teraz taki fragmencik: Sprostytuowaliśmy miano architekt, tak jak sprostytuowaliśmy miano geniusz. Winno się je rozdawać jako najrzadszy order, a rozdajemy je jak karty. Poker wielkich tytułów. W pewnym kraju powstał słownik geniuszy – kilka tysięcy nazwisk wypisywanych z encyklopedii. Jak się nie śmiać, trzymając to w ręku? (W. Łysiak, Francuska ścieżka.) I teraz: ja uważam, że dokładnie tak samo sprostytuowano miano muzyk. To znaczy: we wszelkich publikacjach muzyk to jest ktoś, kto trzyma instrument. Natomiast pan często mówi, że wierzy pan w zawód pracownika muzycznego, czyli że jest to taki człowiek, który się utrzymuje z grania. Chciałem zapytać czy są jeszcze jakieś inne elementy dla pana, które pozwalają panu nazwać kogoś muzykiem. Co dla pana to znaczy?

WW: Ja myślę przede wszystkim, że sprostytuowano tytuł artysty. Że artysta po prostu został sprostytuowany z różnych powodów. Na przykład okazuje się, że absolwent uczelni artystycznej dostaje tytuł magistra sztuki. Prawda? A dla mnie artystą jest człowiek, którego weryfikuje czas. To jest ktoś, kto pozostawia taką wartość, która po wielu latach – kilkudziesięciu, albo nawet kilkuset – staje trwałą wartością. Nie ma chyba porównywalnego tytułu, bo nawet profesor habilitowany to nie jest to. Artysta to jest tytuł, na który trzeba zasłużyć latami, a są artyści, którzy umierali nie wiedząc o tym, że są artystami. Mnie się wydaje, że artystą jest człowiek, który wykonuje sztukę. Zresztą to nie jedyne pojęcie, które zostało totalnie zdewaluowane. Nie wiem jak to wygląda w innych krajach, jak to wygląda na świecie. Kiedy byłem człowiekiem młodym i żyliśmy w systemie, który mam nadzieję definitywnie przeminął, to mówiło się o „artyście estradowym”. Szkoda, że przejęliśmy po komunizmie takie samo zdewaluowane nazewnictwo. Bo wydaje mi się, że artysta to najwyższy stan wtajemniczenia jaki można osiągnąć, żyjąc na kuli ziemskiej – bardzo ten tytuł cenię i uważam, że artystów na całym świecie jest naprawdę niewielu, i trzeba ich szanować. Ja nie narzekam, nie mówię typu „menda” – „o Jezu, świat się zmienił, w ogóle” – ja mówię tylko tak, że troszkę mi szkoda, że w tym ferworze, w takim szumie medialnym „artyści, artyści” – ci prawdziwi artyści, czyli ludzie, którzy po prostu tworzą rzeczy ponadczasowe, o których się będzie mówiło za lat dwadzieścia, pięćdziesiąt, za sto, że w jakichś tam annałach historycznych, jakichś opowieściach o Polsce, będzie się mówiło na przykład „ten koleś zrobił to, ten tamto, ten zbudował w ogóle jakiś kręgosłup” – ponieważ uważam, że mamy w Polsce naprawdę mnóstwo wybitnych artystów – i że nagle ci prawdziwi artyści giną w potoku tych właśnie artystów pozujących przy okazji tam jakiejś gali. I wszyscy to zaakceptowali, że są miliony twarzy, nazwisk, o których w ogóle nie mam zielonego pojęcia czym się zajmują. Podobno ktoś tam gra w serialu, ktoś tam gdzieś się pojawił – i nagle się okazuje, że to artyści, a co więcej – gwiazdy. Jeszcze nie dość, że artyści, to gwiazdy. To jest, myślę, słabe, ale to nie mój problem, ponieważ ci artyści-gwiazdy mają dosyć krótki żywot. Prawdziwi artyści żyją długo.

OBECNOŚĆ W MEDIACH

WMIG: To a propos mediów i długowieczności. Bo ja widzę taki wzór wśród polskich muzyków, że z jednej strony ktoś nie trzyma z mediami wcale i gra w malutkich klubach dla 25 osób i nikt go nie zna, jeżeli powiedzmy nie zna jego kuzyna; a z drugiej są ci, którzy są bardzo obecni w mediach, ale przez to w tym żywym kontakcie widać, że oni idą na kompromisy. Natomiast u pana – mogę się mylić, ale nie dostrzegam czegoś takiego, żeby pan szedł na jakieś muzyczne kompromisy, a równocześnie w mediach jakoś tam jest pan jednak cały czas.

WW: Ja jestem człowiekiem, który się bardzo wzbrania przed ortodoksją. Wchodzę wszędzie tam gdzie mnie zapraszają – o ile mogę zagrać to, co mogę zagrać. Jeśli mogę zagrać na dniach miasta, to co ja chcę, i o takiej godzinie, o której chcę – to dlaczego nie? Jeśli mogę zaprezentować to, co umiem najlepiej – to bardzo proszę. Można mnie zapraszać na, nie wiem, święto BGŻ, na Dni Wielkopolski i tak dalej. Tak zawsze muzycy funkcjonowali. Natomiast jeśli mam wystąpić w telewizji z playbacku, albo jeśli mam się pojawić w telewizji śniadaniowej, opowiadać o swoich perypetiach, historiach z synami, albo co się dzieje, że tak długo żyję z jedną kobietą, to dla mnie to jest upokarzające. To są rzeczy, które kompletnie nie są związane z tym co robię. Ja chcę funkcjonować medialnie, nie znam nikogo, kto by nie chciał. Każdy, kto zajmuje się jakimkolwiek rodzajem sztuki, chce tę sztukę pokazać, chce żeby tę jego sztukę kupowano. My się zajmujemy sztuczką, bo to jest rodzaj jednak takiej muzyki rozrywkowej – ale też bardzo bym chciał, żeby ta muzyka docierała do wszystkich. Ale pod tym warunkiem, że ja chcę tę muzykę sprzedawać tak jak ją nagrywam. Jeśli ją nagrywam z pewnymi emocjami, jeśli ona dla mnie coś znaczy, jeśli ona jest dla mnie wyrazem pewnych emocji i jeśli to, co się dzieje jest jeszcze w wersjach koncertowych wyrazem takich rzeczy, które się dzieją między nami w zespole, to ja nie mogę występować z playbacku. A raz wystąpiłem z playbacku – troszkę w to zostałem wpuszczony. To był zbożny cel, bo to był jakiś taki program telewizyjny – „Bohaterowie” to się nazywało. I jakaś osoba, która kogoś uratowała wymyśliła sobie kogo chce posłuchać. Padło na to, że chce Voo Voo. Ustaliłem z człowiekiem, który nas do tego zaprosił, że zagramy, oczywiście – ale że zagramy na żywca. Po czym się okazało, jak już przyjechaliśmy na miejsce, że nie, nie da się, że tylko szybko i z playbacku. Wystąpiłem, ale dostałem bącki od synów w ogóle straszne i tego nigdy już w życiu nie zrobię. Żeby to jakoś spointować – ja nie jestem przeciwnikiem mediów… – aczkolwiek mediów w takiej wersji w jakiej są w tej chwili, to chyba tak, bo one są głupie… – ale ja się chętnie pojawiam w mediach, jeśli ktoś mnie chce zaprosić, żeby porozmawiać o tym co robię, dlaczego to robię. Jeśli ktoś mnie chce zaprosić i pozwoli mi zagrać na żywo jakiś koncert czy piosenkę – bardzo chętnie. Natomiast jeśli ktoś mnie chce zaprosić i porozmawiać o tym co sądzę o Kaczyńskim, albo jak my spędzamy Wigilię z synami, albo co jem na śniadanie, to jest jakiś totalny obciach. No, tak to wygląda.

KONCERTOWE PRZEMIANY MATERIAŁU „DOBRY WIECZÓR”

WMIG: Mówił pan o wykonaniach na żywo. Widziałem cztery koncerty z trasy „Dobry wieczór”. Pierwszy tu, w Eskulapie, a drugi w Szamotułach. Moje wrażenia są takie, że na tych pierwszych koncertach dominowała jeszcze aura z płyty. Taka przyczajona, ciemna, delikatna. Natomiast po kilku miesiącach – pierwszy raz miałem to wrażenie w Gnieźnie, w Młynie – doszło do czegoś takiego, co ja nazwałem sobie roboczo wzburzeniem punktu wyjścia, to znaczy, że pojawił się zupełnie inny, taki ekstrawertyczny drive. Chciałem zapytać, po pierwsze, czy się pan z tym zgadza, a po drugie jak pan ocenia ewolucję tego materiału do chwili obecnej?

WW: Wie pan, ciężko mi powiedzieć w którym momencie taki drive się pojawił, natomiast… Ja bardzo lubię tę płytę, wszyscy w Voo Voo uwielbiamy ją grać i cały czas w niej znajdujemy coś fajnego. Co więcej, poza samym graniem, znaleźliśmy dzięki niej inny sposób komunikowania się z publicznością. Już nie łobi jabi, ale na przykład klaskanie i to takie szesnastkowe, trudne. Ja podczas grania tego materiału – znowu, jak te 78 lat temu – unoszę się w powietrze. To jest płyta, która jest niebanalna. To jest płyta, której się nie gra – to jest płyta, którą się na scenie przeżywa. Co więcej, mieliśmy zagrać jedną trasę promującą, a w sumie zagraliśmy już chyba ze trzy. W dodatku ten rok mamy już zabukowany koncertami, na których chcą tylko tę płytę, co jest niesamowite w ogóle. Ale też w związku z tym, że Pawełek, nasz menedżer, wymyślił sobie trzydziestolecie – i zrobił ten box, który jest moim zdaniem fantastyczny – zaczęliśmy te koncerty uzupełniać innymi utworami i znowu wróciliśmy do pewnych starych rzeczy i to zaczęliśmy łączyć z nową płytą. W związku z tym ta energia troszkę się rozłożyła. Teraz, niedługo z Voo Voo zagramy nowe koncerty i myślę o tym, żeby w związku z boxem na przykład dołączyć utwory z płyty Oov Oov, której nie graliśmy już bardzo dawno, a którą uwielbiam. Myślę, że jest to jedna z najlepszych płyt Voo Voo. W ogóle ostatnia płyta spowodowała, że zacząłem patrzeć na cały dorobek Voo Voo troszkę inaczej i zaczynam teraz dobierać utwory ze starego repertuaru, ale tak żeby nie było gwałtu, żeby nie było zgrzytu, żeby to była konsekwencja. I tak chyba będziemy to kombinować. Natomiast te pana wrażenia, że coś się przełamało – myślę, że tak. Aczkolwiek sercem owej płyty są dwa utwory i to jest podobna sytuacja jak przy pierwszej płycie wuwuoskiej, tam gdzie graliśmy utwór pod tytułem „Autobus”. On miał jakiś tam tytuł F1 – nie F1, czy tam F-któryś. I my graliśmy ten „Autobus” chyba przez 10 lat – i cokolwiek byśmy nie grali – „Jak gdyby nigdy nic”, „Łobi jabi” i tak dalej – to jednak zawsze ten „Autobus” był czymś takim, co było naprawdę duszą tego zespołu, takim sercem. Mantrowe granie, przytrzymane – i szaleństwo Mateusza. I ta płyta, to „Dobry wieczór”, jest powrotem do takiego myślenia o muzyce. Powrotem do takiego myślenia, które myśmy sobie kiedyś wynaleźli – transowego, mantrowego, z takimi solówkami, które nie są solówkami, które są takim wspólnym graniem – łączeniem się z ludźmi w tym unoszeniu się w powietrze. I tak właśnie myśląc o koncertach, które będziemy grali w tej chwili z Voo Voo, chciałbym dobrać do „Dobry wieczór” rzeczy, które mieszczą się w takiej formule.

WMIG: To teraz zapytam tak: na poprzedniej trasie – promującej „Nową płytę” – wydawało mi się, że najbardziej rozrósł się utwór „Może dziś”. Natomiast teraz na „Dobry wieczór” moim zdaniem „Dokąd idą” jest tym, który poszedł (śmiech) najdalej…

WW: Ale proszę zobaczyć w jak innej formie: „Może dziś” było formą takich przedłużających się solówek.

WMIG: Tak, dokładnie.

WW: A „Dokąd idą” jest formą taką, że tam nie ma żadnych solówek.

WMIG: Kolektywną zupełnie.

WW: Więc właśnie o tym mówię. Ta płyta stworzyła taką rzecz, którą uwielbiam. Gdybym w tej chwili nagrywał płytę Voo Voo, nową, nie byłoby żadnej solówki w ogóle (śmiech). Byłaby bardzo ascetyczna w sensie solówek, ale prowokująca do grania solówek koncertowo. To jest to, co lubię, to już jest taka jedność w zespole – nie musimy grać solówek, a możemy się unosić w powietrze właśnie grając taką ostinatową sytuację. Tak, no to słusznie pan zauważył, tak jest.

UDZIAŁ PUBLICZNOŚCI

WMIG: To jeżeli już jesteśmy przy koncertach, to zapytam jeszcze o to czy reakcje publiczności mają wpływ na muzyczny kształt koncertu?

WW: No pewnie. No pewnie – ale nie wiem, co mam powiedzieć? Mają. Jeśli mam otwarte oczy, jest oświetlona sala i widzę, że połowa ludności wysyła smsy, albo rozmawia ze sobą i komentuje, na przykład mój wygląd, albo Mateusza i tak dalej, no to musi mieć wpływ. A mówiąc poważnie… Ja myślę, że muzyka rockowa z jednej strony jest muzyką obrzędową i ona musi wynikać z tego, że jesteśmy na tej scenie, ale jednocześnie ona służy tym ludziom, którzy przychodzą na ten koncert. Czasami mamy koncerty takie bardzo oficjalne, w salach typu filharmonia czy teatr, że gramy w ciszy spowodowanej nie tym, że nie ma reakcji, tylko tym, że ludzie są na przykład wtłoczeni w fotele,  skrępowani sytuacją – i to jest dla mnie bardzo niekomfortowe. Ja lubię tych ludzi, lubię czuć, że oni są. Niekoniecznie, żeby śpiewali z nami. Ciężko powiedzieć, co oni mają… Przy okazji Voo Voo jest dosyć łatwo, bo tam śpiewamy jakieś refreny – więc śpiewają albo nie śpiewają. Przy okazji WueFE na przykład tego nie ma, ale ja słyszę – to znaczy czuję – że oni są, bardzo głęboko. Tak że ta reakcja ludzi buduje koncert zdecydowanie. Myślę sobie, że w tych wszystkich dziedzinach pracy którą wykonuję – praca studyjna, płyty i tak dalej – koncerty to jest taka wisienka na torcie, to jest po prostu najpiękniejsza rzecz, jaka się może zdarzyć w muzyce, ponieważ to są rzeczy, które się nie powtarzają. Nawet gdyby ktoś ten koncert dzisiejszy nagrał i odtworzył – to on nigdy nie będzie taki. Dla każdego z uczestników koncert obejrzany – na przykład na YouTube, czy gdzieś tam, nawet nagrany zawodowo – to nigdy nie będzie nosił takich emocji, jak wtedy, kiedy jest się w środku.

WMIG: Jasne.

WW: I to jest fantastyczne – tak samo dla nas. To jest fantastyczne i… szczególnie w tej muzyce, którą ja uprawiam – a uprawiam muzykę przede wszystkim improwizowaną – te piosenki są zawsze, a zwłaszcza w Voo Voo – ale tu też się bawimy – no więc, te piosenki są zawsze pretekstem do tego, żeby poimprowizować. No to to jest bardzo ważne – ta atmosfera, bo ona powoduje, że się chce. Że się unosi w powietrze, albo się nie unosi.

„DOBRY WIECZÓR” – WYKONANIA FESTIWALOWE

WMIG: Wspomniał pan o tych trudnych warunkach. Znam pański stosunek do festiwali – tu mówimy jednym głosem. Ja zupełnie, choć z bólem, odpuściłem tegoroczny Woodstock, odpuściłem tegoroczny Jarocin…

WW: A szkoda, bo był fajny.

WMIG: I właśnie o to chciałem zapytać: czy dobrze zrobiłem, czy źle?

WW: Źle. Źle pan zrobił, bo ja sam byłem w szoku. Znaczy, jeśli chodzi o Woodstock, to już nie, bo już graliśmy tam taki koncert, że łzy mi się pojawiły w oczach. I wtedy – jeszcze Stopek żył – wtedy sobie pomyślałem, że to była moja wina, że graliśmy te koncerty tak, a nie inaczej – ponieważ ja się bałem. Ja się w ogóle boję ludzi i nie czuję się dobrze w tłumie. I nie czuję się dobrze wtedy, kiedy wiem, że można w jakiś taki bardzo prosty, albo prostacki sposób spowodować, że ten tłum będzie z nami. Tego nie lubię. Chciałbym tych ludzi zainteresować czymś ważniejszym. Jarocin nas namówił na taki koncert, żeby zaprosić Alima. No, to jest największy w ogóle pieśniarz na świecie, żyjący. Z córką swą przyjechał. Ten koncert był doświadczeniem niezwykłym, ponieważ udało nam się… No, bałem się tego koncertu. Jakaś taka fama poszła o Jarocinie, że festiwal punkowy, że w ogóle zadyma. To nieprawda, ja jestem w Jarocinie od początku – nigdy festiwal w Jarocinie nie był festiwalem punkowym. To był festiwal, w którym Dżem naprawdę rządził. To był festiwal bardzo różnorodny. Siłą tego festiwalu było to, że to był festiwal pokazujący różnie przejawy muzykowania. Nigdy nie był ortodoksyjny. Ale taka fama poszła. W dodatku jeszcze do Jarocina tegorocznego doszły jakieś tam kłótnie związane z tym, że agencja poprzednia została z tego Jarocina zwolniona, pojawiła się nowa agencja, w związku z tym zrobiło się hejtowanie, zrobiła się jakaś wojna. No i ja pomyślałem sobie, że troszkę tego Alima wpuszczam na głęboką wodę… Sobie myślę – Jezus Maria, tu rzeczywiście może publiczności będzie w ogóle zerówka – jeszcze w dodatku przesunięto nam godzinę koncertu na wcześniejszą, w związku z tym zaczęliśmy grać w dzień. Bałem się tego, jak cholera. No, ale to co się potem zdarzyło… Widziałem jak Alim wychodził i śpiewał. Patrzył na mnie. I nagle widzę, że on urósł, że patrzy i nie wie co się dzieje. Gra na jakimś festiwalu na świeżaczku, a tam te kilkadziesiąt tysięcy ludzi… Zagraliśmy fantastyczny koncert. Zupełnie inny – nie było świateł, bo jeszcze było jasno… Ale była magia. I bardzo mnie to… – no jakby to powiedzieć…  – to było jedno z ważniejszych doświadczeń w moim życiu. Nie lubiłem tych dużych festiwali, że zabawianie publiczności, że oczekiwania, przeboje, że to, że śmo. A tu właśnie nie – zagraliśmy wolno, zagraliśmy „Dobry wieczór”… Geniusz ludzi typu Alim, ich siła powoduje, że nie wolno żadnych kompromisów. I to się udało. I to samo było u Owsiaka – zagraliśmy po prostu płytę „Dobry wieczór”. Wolno, spokojnie. I tych ludzi, no, zjedliśmy ich na maksa, po prostu! Zagraliśmy wolne tempa, namówiliśmy ich do tego klaskania szesnastką… To był mistrz. To są bardzo ważne doświadczenia.

TRZY GITARY PODSTAWOWE

WMIG: To teraz zupełnie od innej strony. Trochę do przedmiotu, jakim jest gitara, chciałem się odnieść. Bo Raphael Rogiński w wywiadzie dla Dwójki powiedział, że on gitarę traktuje trochę jak kobietę, czyli gra na jednej. I jak idzie do studia, to czasem coś tam sobie zmieni, ale generalnie na żywo raczej ma jedną gitarę. Natomiast jak ja spoglądam sobie na historię występów pańskich, to myślę, że tych instrumentów ma pan dziesiątki. I teraz jest pytanie: czy jakiś taki stosunek emocjonalny do tego instrumentu jednak się pojawia?

WW: Tak. Zawsze jest stosunek emocjonalny. Jest rodzaj muzykantów, którzy są gitarzystami, i oni po prostu mają swój ton, swoje brzmienie, i co by nie nagrywali, to chcą mieć to brzmienie, i tu szacun pełny. Ja się do tego zbliżam powoli. Ale ja jestem muzykiem, który powiedzmy ma pomysł na nagranie płyty – a nasze płyty są, myślę sobie, bardzo eklektyczne – i jest pomysł, nie wiem, na płytę z chórkami, i lecę wtedy do Nowego Yorku, żeby kupić Rickenbackera, na którym Bitelsi nagrywali – dwunastostrunową gitarę – myślę sobie: to będzie fajne. Co nie zmienia faktu, że tak generalnie mam dwa rodzaje gitar… Trzy, przepraszam. Trzy gitary w sumie, które są podstawowymi we wszystkim co robię. Gibson Les Paul głównie – on dominował jeszcze na „Nowej płycie”, to była ostatnia płyta, na której…

WMIG: Bardzo dużo go było.

WW: Tak, tak. Les Paul był… Mam zresztą kilka Les Pauli świetnych… Dalej Gibson ES – 175, to jest taka jazzowa gitara. Był taki moment, w którym chcieliśmy zagrać taką dorosłą muzykę – teraz bym tego nie grał – taka muzyka typu TVN Style, elegancka, okrągła – typu „Voo Voo z kobietami”. Ona była fajna – ja lubię takie jazzowe granie, aczkolwiek ono nie powoduje u mnie specjalnych emocji, ono jest dla mnie po prostu miłe. I ta gitara jest świetna do tego, ten ES – 175. Ale od jakiegoś czasu gram na Stratocasterach. Mam takiego kolesia we Włoszech, który ma malutki sklepik, jest gitarzystą, a ponieważ jakoś mu nie żarło z tą muzyką, to założył z żoną sklep, w którym sprzedają jakieś antyki. I on tam też swoje gitary wystawia – i marzy mu się, żeby nikt tych gitar nie kupował. Ale się z nim zakolegowałem i on mi sprzedał już trzy gitary – ma świetne instrumenty. I w gitarze jest jeszcze coś takiego, że – nie wiem z czego to wynika, ale gitara musi mieć dla mnie historię. Mnie się to podoba, że kupując instrument, zanim go kupię, wypiję butelkę wina z facetem, który mi o tej gitarze opowiada. Że mogę sobie z nim zagrać. On ma kilka tych Stratów, i jeszcze cały czas mam ochotę nabyć ze dwie inne gitary. Ten Strat, na którym gram w tej chwili to w ogóle niezwykły, niby 1978 rok, niby taki… On mi sam mówi, że to jest niezwykła gitara, ponieważ ona ma bardzo dużo dołu i dynamiki, takiej gibsonowskiej. W każdym razie z tej gitary jestem niezwykle zadowolony, bo ona właśnie ma to gibsonowskie brzmienie, ale bez tego charkotu, bo w tej chwili już nie charkoczemy, tylko gramy troszeczkę spokojniej. Tak że, wracając do punktu wyjścia. Ja poruszam się dosyć szeroko i jeśli mam moment, że chcę grać taką riffową, mocną muzykę – wtedy podoba mi się Gibson. Jeśli chcę zagrać miękko i lekko – a w tej chwili właśnie nie mam ochoty na to riffowe granie – jeśli więc chcę zagrać miękko, lekko, ale czasami z czadem, to Strat… I jednak chyba teraz jestem na etapie Strata. Ale to się generalnie między tymi dwiema gitarami…

WMIG: Był taki okres, że grał pan bardzo dużo na tym Gretschu – White Falconie…

WW: Tak. No, nie tak dużo, początek koncertu. White Falcon to jest w ogóle jeszcze inna opowieść, bo on ma takie feedbacki, których nie mają tamte gitary.

DZIELENIE SIĘ WIEDZĄ

WMIG: Właśnie, to jak już jesteśmy przy takich technicznych sprawach –

Paweł Walicki [menadżer]: Powoli musimy się zbierać, wiecie, bo czekają na nas wszyscy…

WMIG: Dobra! Nie ma sprawy. To w takim razie [t o pytanie]będzie na koniec. Mój przyjaciel jest organizatorem – zaraz, żebym nie pomylił tej nazwy – Ogólnopolskich Dni Artystycznych z Gitarą w Mosinie…

WW: O, a ja tam grałem w Mosinie.

WMIG: Tak! I wiem, że on namówił pana na zrobienie warsztatów…

WW: Tak.

WMIG: Bartek jest gitarzystą [Bartosz Stachowiak – prezes Mosińskiego Towarzystwa Gitarowego – przyp. red.] i on mówił mi: wiesz co – była jedna rzecz, w której te warsztaty były zupełnie inne. Przede wszystkim było bardzo dużo mówione, a nie od razu szkolne zagrywki. A po drugie, mówił, ja miałem wrażenie, że Wojtek Waglewski sprzedał bardzo dużo po prostu swoich metod na granie, bardzo dużo mówił o skalach, a to gitarzyści chronią, oni się nie dzielą tą wiedzą. A tutaj była sytuacja taka, że ludzie średnio świadomi raczej dostali na tacy kawał wiedzy. I chciałbym zapytać z czego wynika to, że tą wiedzą się pan tak mocno dzieli?

WW: Jestem absolutnie przekonany, że to jest podstawa. Wiedza o tym jak grać, jakich skal używać, to jest podstawa. Ale czy z tego coś wyniknie, to jeszcze musi być ta odrobina talentu. Mówię o skalach dużo, i te skale są rzeczywiście… Ja sam dochodziłem do pewnych skal w późnym wieku. Mając lat trzydzieści parę doszedłem do tego, że w rock&rollu nikt nie używa skali Messiaenowskiej na przykład, i się zachwyciłem tą skalą. I rzeczywiście mówię o tej skali Messiaenowskiej dużo, bo warto. Ale to dopiero początek. Potem trzeba wiedzieć, co z tą skalą zrobić. To jest tak jak ktoś dostaje prawo jazdy, to nie od razu jest Hołowczycem czy tam jakimś…

Emade [przechodząc obok]: Wypraszam sobie.

WW: Nie widzę powodu, żeby to ukrywać. Ja wierzę w rzemiosło, wierzę w to, że trzeba wiedzieć jak najwięcej. Mi się wydaje, że po to człowiek przychodzi na świat, żeby się w ogóle o świecie dowiedzieć jak najwięcej, ale to jest podstawa dopiero. A trzeba mieć odrobinę jakiejś takiej iskry Bożej, żeby to miało większy zasięg. Mnie się wydaje, że jak na przykład Chołodemu pokażę e – dur, to on nigdy tego tak nie zagra jak ja, nie?

Piotr Chołody [technik sceny i muzyk współpracujący z Voo Voo i WueFE]: To prawda!

WMIG: Bardzo dziękuję!

WW: Dzięki wielkie.

– – –

W całej sprawie niebanalną rolę odegrał Witek, któremu chciałem z tego miejsca OGROMNIE podziękować za przepisanie i zredagowanie całej rozmowy! Kim jest Witek?
Rzuć okiem tutaj: http://antiwitek.blogspot.com/

Cześć!

Reklamy

One Comment Add yours

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s